Wielmożny Pan von Veltin, właściciel ziem leżących niedaleko Carachtaru, ogłasza niniejszym zapotrzebowanie na herosów o twardej ręce i braku skrupułów wobec pospólstwa. Dochodzą słuchy, że zapanowała tam zaraza gnuśności. Chłopi, w swej bezczelności, zaprzestali pracy, okazując rażącą niewdzięczność wobec swojego pana. Pan von Veltin poszukuje zatem śmiałków, którzy podejmą się zadania zmotywowania i skutecznego przypomnienia im, gdzie jest ich miejsce oraz jakie mają obowiązki. Pan von Veltin nie ma w zwyczaju omawiać tak przyziemnych spraw na afiszu. Wszelkich herosów żądnych zarobku zaprasza do zajazdu „Świński Ryj”. Tam, z dala od wścibskich uszu, wyjawi istotę problemu i warunki zapłaty.
Te stare, drewniane ściany widziały wiele. Może i zbyt wiele, sądząc po tym, jak wiele warstw łuszczącej się farby pokrywa spróchniałe deski, którymi obito ten przybytek. Nad szerokimi, podwójnymi drzwiami — wyraźnie świeższymi, być może niedawno wymienionymi — widniał symbol zajazdu. Prawdziwe dzieło chałupniczej taksydermii: wypchany ryj najprawdziwszego w świecie, ogromnego odyńca, którego koralikowe oczy zdawały się leniwie spoglądać na przybyłych w te ponure strony herosów. Choć upływ lat przerzedził jego twardą szczecinę, para ostrych kłów przypominała o dawnej potędze świńskiego mocarza.
Ale nie przecież to nie świński ryj jest celem tej misji, nieprawdaż? Dzisiejsze popołudnie było pochmurne i wilgotne, a gościniec, im dalej od stolicy, tym był mniej uczęszczany przez podróżnych. Bohaterowie — chyba, że któreś z nich zdecydowało się na dotarcie tu w inny sposób — zabrali się z Carachtaru na wozie wędrownej kupczyni, Ilyany, która w zamian za eskortę zaoferowała im podwózkę. Bryczka zatrzymała się pod Świńskim Ryjem, znacząc koniec leniwej, spokojnej przejażdżki.
— Powodzenia, awanturnicy! — Ilyana pozdrowiła ich na pożegnanie i ruszyła z bicza, zanim usłyszała jakiekolwiek słowa odpowiedni. Czas to pieniądz - skwitowałaby zapewne w myślach.
Grunt pod nogami był miękki, ale brakowało porządnej ulewy, by zamienił się w błoto. W otwartej przybudówce stało kilka podróżnych bryczek, przy których, w karnym szeregu wzdłuż długiego koryta z wodą, stał dobry tuzin przytroczonych koni. Czuwający nad tym przybytkiem stajenny siedział na jednym z powozów, a jego wzrok, jakby w unii z wypchanym odyńcem, również fiksował się z uwagą na czwórce przybyszów. Starszy mężczyzna wstał i zrobił kilka kroków w ich kierunku, lekko kulejąc.
— Wy musicie być do pana von Veltina — rzucił do nich, rozpoznawszy w końcu, że przyjezdni nie byli zwykłymi ludźmi. Nietrudno się domyślić, że to sam Szczurald polecił mu wypatrywać grupy herosów.
— Czeka na was w środku, na piętrze. Pokój numer trzy — dodał, wskazując ręką na wrota zajazdu. Nic nie stało na przeszkodzie, aby tam właśnie skierować kroki.
A jak ocenić można było wnętrze Świńskiego Ryja? Ciemna, duszna przestrzeń zapewne mogła dziękować za to, że brak dostępu do promieni słonecznych ukrywa tak panujący tu niedostatek, jak i co parszywsze gęby biesiadników. Wejście herosów, jak się zdawało, nie zwróciło raczej niczyjej uwagi. Grupa hazardzistów grała w kości przy długim stole. Ktoś doił samotnie piwo. Dwójka lepiej ubranych handlarzy dyskutowała o czymś ściszonymi głosami przy obiedzie. Za szynkiem nikogo nie było: widocznie gospodarz gdzieś wyszedł. Zasadniczo, zajazd nie był aż tak grobowo ponurym miejscem: ktoś optymistyczny mógłby nawet docenić tę atmosferę.
No i byli też oni. Na wąskich schodkach siedziała czwórka zakapiorów. Trudno było dostrzec z daleka w tej atmosferze szczegóły ich fizys: w świetle lichtarzy błyskała jednak stal rękojeści kordów i innych narzędzi mordu. W najlepszym wypadku można było uznać ich za najemników, w najgorszym - za pospolitych bandytów. Zdawali się być znudzeni, jednak jeden z nich łypał swoim jedynym sprawnym okiem (drugie bowiem zasłaniała przepaska) wprost na nowo przybyłych, ewidentnie dążąc do agresywnego kontaktu wzrokowego.
Co zrobić, moi drodzy? Jedyna droga na górę zdawała się prowadzić przez nich…
Po jakże zacnej wymianie ciosów i zdolności, mężczyzna o dość długich i wrażliwych uszach, których za żadne skarby nie dało się zakamuflować, chociażby przez ich odmienny od włosów kolor, zdecydował się nie wracać do samego Seminos, za to przeszedł się jedną z prowadzących od placu treningowego ścieżek wprost do chyba najbezpieczniejszej osady w okolicy. Przez niektórych zwane wioską, osadą bądź miasteczkiem, Carachtar bardzo spodobało się niebieskowłosemu, głównie przez atmosferę tam panującą. Dzięki wpływom głównego zarządcy, Herosi traktowani tam byli raczej ciepło. Jedyny problem, jaki pozostał na głowie młodzieńca, to pieniądze. Kiedy zdecydował się coś zjeść, jego oko przykuło stoisko ze świeżymi owocami i warzywami.
„Halo halo… Przepraszam, że tak nachodzę, ale mógłbym się dowiedzieć, jak zdobyć jedno z tych czerwonych cudeniek? Przyznam, że jestem trochę zagubiony.”
Zapytana przez niego staruszka uśmiechnęła się, widząc, że jest nie z tej ziemi, po czym rzuciła mu jedno jabłko na spróbowanie i podpowiedziała, że jakby kiedyś uzbierał trochę simirów, z chęcią sprzeda mu więcej jabłek. Shath nie był do końca przekonany, co przez to babunia ma na myśli, jednak po wgryzieniu się w czerwony owoc natychmiast zaczął pytać o szczegóły. Idealnym miejscem dla niego okazała się karczma, gdzie znajdowała się tablica ogłoszeń – tego dowiedział się od poczciwej handlarki owocami. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby sprawdzić realność jej słów, więc zajadając się jabłkiem, które jednak szybko zniknęło z jego rąk, wyruszył wprost do karczmy pod wzgórzem. Ledwo wszedł, już zapytał o tę słynną tablicę ogłoszeń, na co zadowolony karczmarz wskazał cel poszukiwań Herosa. Długo można by było opowiadać, ale po co? Uszaty podszedł, zobaczył pierwsze lepsze zadanie, po czym zgodnie ze szczegółami podanymi w nim, czekał na spotkanie…
Kiedy w końcu udało mu się zabrać powozem z innymi zainteresowanymi, jadącymi z tego samego miejsca, kultura nakazywałaby mu co prawda się przedstawić, jednak dopóki nikt nie zapytał, wolał po prostu się przywitać, niekoniecznie zdradzając swoje personalia. Co nie zmieniało faktu, że powitanie jego należało do tych bardziej energicznych. Kiedy dotarli na miejsce, przybrał jednak nieco powagi… kogo próbuję oszukać, on i powaga mieli najmniej do czynienia ze sobą. Zależało mu na kasie, ale wygodnej kasie, więc nie zamierzał zgrywać jakiegoś gbura.
~ Ale rudera, ktoś tu rzeczywiście przyjeżdża, by się przespać?
Zadawszy to pytanie, przeszedł przez podmokłą ścieżkę, biorąc inicjatywę przejścia przez próg jako pierwszy. Słysząc komentarz mężczyzny, który powitał dopiero co przybyłych, niebieskowłosy skłonił się w pół, dość teatralnie, odpowiadając mu.
~ Przyjemność po mojej stronie zacny panie. Muszę przyznać, że całkiem… przytulne miejsce, z tego zajazdu.
Spieszyć się nie spieszył, ale gdy tylko usłyszał, gdzie mogą znaleźć pracodawcę, od razu skierował wzrok na schody, podążając w tamtym kierunku. Widząc jednak twarze niezbyt przyjazne, trochę zwolnił kroku. Jego oczy jednak nie straciły na radości, wręcz przeciwnie nawet.
~ No proszę, czy mnie oczy nie mylą, czy ten przybytek ma również zacny zespół ochroniarzy? Żeby nie zaszło nieporozumienie, może się przedstawię. Skromny towarzysz z sąsiedztwa, Francesco, do usług.
Do nich również skłonił się w pół, podając im fałszywe imię, wymyślone na poczekaniu, jednak łypał na nich oczami, czekając na reakcję, bardziej lub mniej przyjazną.
Po wydarzeniach na placu blondyn planował jeszcze udać się do Carathar, więc początek ścieżki dzielił z niebieskowłosym kolegą. Przemierzając jedną z dróżek wychodzących z placu treningowego, zagadywał go, o to, gdzie mieszka, co planuje porabiać, oraz często komplementował jego umiejętności. Czyli gadał po prostu o czymkolwiek, co przyszło mu na myśl, lecz po jakimś czasie się rozdzielili. Od tamtej pory był skazany na swoje towarzystwo, chociaż nie na długo. Nie udał się do stolicy bez celu. Już raz tam był i zapamiętał, że jest tam mnóstwo osób potrzebujących pomocy. Co oznacza wiele potencjalnych przyjaciół, z którymi można się zapoznać. Mimo wszystko nie mógł bez przerwy bawić się w wolontariat, o czym świadczyły pustki w jego sakwie. Ciężko mu było sobie wyobrazić spanie pod mostem albo żebranie o jedzenie na ulicy. Więc od tamtej pory zadawał pytania ludziom, których mijał na ulicy, których obdarzył serdecznym uśmiechem i którym był gotowy pomóc w bardzo drobnych sprawach, o jakich nie warto wspominać. Wypytywał w klasyczny dla siebie sposób, czyli Co, Gdzie i Jak. To zaprowadziło go do karczmy, gdzie od razu rozpoznano go jako herosa, po czym skierowano go do tablicy.
– To zadanie wygląda ciekawie – rzucił w przestrzeń, niby do kogoś, niby do samego siebie, po czym entuzjastycznie zerwał karteczkę ogłoszeniową z tablicy.
Wypytując ludzi o Zajazd Świński Ryj, poznał uprzejmą kobietę, która zaproponowała, że go tam podrzuci swoją bryczką. Nie odmówił propozycji i po jakimś czasie był już na miejscu, wraz z grupką herosów. Wśród nich, co dziwne znalazł się jego znajomy. Twarz blondyna rozpromieniała uśmiechem po zobaczeniu go po niedługiej rozłące.
– Shath! Świat naprawdę musi być mały. Cieszę się, że znów cię widzę.
Po przywitaniu się z kolegą podał dłoń każdemu, kto wyszedł z bryczki i dzielił z nim cel podróży, oraz dodał, że ma nadzieję, że będzie im się miło razem pracowało.
– Tak, wygląda na to, że właśnie od tego kogoś jesteśmy. Dziękuję za wskazanie nam, gdzie on jest, jeśli to nie problem, udałbym się od razu do niego, aby jak najszybciej dowiedzieć się, w jaki konkretnie sposób mógłbym okazać się mu pomocny – odrzekł stajennemu, po czym bez zwłoki wszedł do środka.
Kiedy wszedł do wnętrza zajazdu, coś wewnątrz niego, jakiś głos z tyłu głowy mówił mu, że nie chciałby tu mieszkać. Atmosfera tej placówki mu się raczej nie podobała, co skomentował tylko bardzo cichym prychnięciem. Przez moment uważnie obserwował w milczeniu cały przybytek oraz osobistości, które można było w nim uświadczyć. Jego szczególną uwagę przykuła grupka podejrzanych ludzi. Od razu złapał z nimi intensywny kontakt wzrokowy, lecz zachował milczenie, kiedy Shath ich zagadywał. Postanowił mu zaufać, a może ich przepuszczą. Kiedy niebieskowłosy skończył, nachylił się nad nim i wyszeptał coś mu do ucha.
– Mam złe przeczucie. Nie wydaje mi się, aby oni chcieliby zostać naszymi przyjaciółmi. Mogę zaprzyjaźnić ich z mieczem?
Kończąc szeptać, pozwolił dłoni spocząć na rękojeści oręża, jednak nie miał zamiaru z niego skorzystać, dopóki oni nie wykażą wobec niego agresji, albo ktoś z towarzyszących mu herosów nie podzieli jego zdania.
Minęło zaledwie kilka dni od czasu, gdy Blair poprzez przeniesienie między wymiarowe pojawiła się na tych terenach. Każdą godzinę, poza tymi poświęconymi na sen i jedzenie, spędzała niezwykle aktywnie. Porankiem, w wolnym czasie, wybierała się na polanę, gdzie zbierała elementy do wymyślonych przez siebie mikstur, a podczas tej czynności, starała się rozeznać w każdej właściwości zebranych przez siebie roślin. Samą końcówką swojej broni, która wcześniej została w bezpieczny sposób odpięta, zbierała wystające znad ziemi rośliny. Dzięki wypożyczonemu zielnikowi orientowała się w tym, które ze zdobyczy były jadalne. Te nieszkodliwe dla zdrowia szybko zniknęły z torby panny de Poitiers, na rzecz przypominającego o sobie nieprzyjemnymi głosami żołądka. Gdy znalazła całe pole, obfite w jadalne plony, znacznie bardziej ochoczo i często udawała się w tamte strony w porach obiadowych. Aż pewnego dnia jeden z rolników nie przyłapał jej i nie przegonił z widłami, wyzywając od niewychowanych gówniarzy. Przerażająca to była chwila, jednak okazało się, że krótsze nogi dźwigające czterdzieści kilo wagi, mogą przemieszczać się szybciej, niż dość wysoki mężczyzna, w wieku około trzydziestu dziewięciu lat. Oczywiście Blair nie byłaby sobą, gdyby się nie potknęła o niesioną broń. Została pojmana i w zamian za skradzione przedmioty, odpracowywała swoje uczynki na polu przez kolejne dwa dni. W trakcie tego czasu, poznała całkiem przyjemną wiejską rodzinę, u której chwilowo zamieszkała. W skład wieśniaków zamieszkujących tę chałupe wchodziła stara babka, matuchna, ojciec oraz dwójka ośmioletnich bękartów, chłopców, których rodzice byli bez ślubu.
Suczka zakolegowała się z nimi i popołudniami, a także przed snem, nauczała ich walki znalezionymi nieopodal ich domu kijami. Zdecydowanie profesjonalny trening to nie był, ale matuchna parę razy stracha na wróble stawiać musiała. Pewnego dnia, gdy Blair tworzyła miksturę przywracającą zdrowie, do domu wszedł pierworodny pana tego domu z zerwanym wcześniej i rzuconym na ziemię przez jakiegoś blondyna ogłoszeniem. Jako, że panna do Poitiers nie chciała być wieczną utrzymanką ojca, matuchny i babki, zdecydowała się wyruszyć w podróż, zasięgając znajomości najstarszej domatorki. Do świńskiego ryja dotarła siedząc obok woźnicy. Na kolanach trzymała różową chustę z przygotowanymi kromkami chleba, wysmarowanymi smalcem, a jej głowa spoczywała oparta o ramię woźnicy. Śniła przez całą drogę o cudownej, dobrotliwej acz wymagającej bogini. W śnie siedziała z nią w białym pomieszczeniu i wysłuchiwała zasad etycznych, jakimi powinna się kierować. Zapatrzona w czarnoskórą elfkę o śnieżnobiałych włosach siedziała po turecku niczym uczeń i wsłuchana w wykład czuła otaczające ją ciepło. Bogini twarz miała rozmazaną, a głos choć powinien wydobywać się z ust postaci przed nią, wydawał się być jakby zupełnie w oddali. Przebudziła się, gdy woźnica zatrzymał średniowieczną dorożkę ciągniętą przez konny zaprzęg na dłuższy postój. Wyszła zaspana z auta i trąc oczy zrozumiała, że stoi na mokrej ścieżce, która za chwilę, pod warunkiem zerwania się chmury, mogła zamienić się w błoto po same kostki. Zdecydowanie od samego początku do miejsca tego nie dało się darzyć sympatią. Blair przeszła się po okolicy wypatrując wymyślonej przez siebie bandy wieśniaków z pelerynami oraz widłami. Nie znalazła ich, ale dostrzegła grupę trzech osób, którą zaszła od tyłu i przysłuchiwała się temu, co staruszek mówił. Trzymając w ręku kartkę z zerwanym zleceniem, na której chłopcy zawarli kolorową laurkę dla Blair na podróż, udała się za trzema herosami i tubylcem.
Wewnątrz było ciemno i duszno, nie przeszkadzało to Blair, gdyż ciemność była znaczne bliższa jej sercu. Zaduch dało się wytrzymać, wiele powietrza nie potrzebowała. Oczy wciąż kleiły się, chcąc ponownie zanurzyć się w krainie snów. Najgorszym, co panna de Poitiers usłyszała w całej knajpie był harmider. Huk był wręcz nie do zniesienia dla delikatnych wyrafinowanych psich uszu. Podczas wchodzenia, suczka wyrwała się na przód, aby zobaczyć to, co potencjalni towarzysze mogli jej zasłonić. Na głowie miała słomiany kapelusik. Przyjmując do siebie złe przeczucia blondwłosego mężczyzny, któremu wcześniej podała dłoń, postanowiła poczekać na rozwój sytuacji. Pociągnęła za sobą 180 centymetrowy drąg i podążyła wprost do stolika w miarę pustego, o ile taki się znajdował w pokoju i usiadła na krześle pozwalając swoim nogom swobodnie zwisać.
– Może to miejsce nie jest pierwszej świeżości, ale gdyby wpuścić tu choć odrobinę światła słonecznego…
Powiedziała pod nosem i zgięła na dwa laurkę od bękartów. Wpatrywała się wszędzie poza czterema mężczyznami z niewinną ciekawością. Zainteresowana była tym, co działo się przy stolikach i co robiono przy wyjściu z pokoju. Tę sytuację można było rozwiązać jeszcze pokojowo.
– Praca na roli jest cięższa, ale o wiele bardziej satysfakcjonująca. Chociaż muszę przyznać, że dłonie szybko uwydatniają ciężką pracę.
Dodała wyciągając swoją dłoń przed siebie, ale tak, by była widoczna dla pozostałych i patrzyła na widoczną od wyciągniętej drzazgi ranę.
Proszenie się wieśniaków o wszystko, nawet najdrobniejszą błahostkę było nie tylko irytujące, ale im dłużej trwało, tym coraz bardziej poniżające się stawało. O ile krótko po przebudzeniu dało się usprawiedliwić żerowanie na tutejszej ludności, z czasem konieczne było podjęcie działań, aby wziąć swój los we własne ręce. Spotkanie z niebieskowłosym mężczyzną pozwoliło Kuruk na określenie jej celów na najbliższą przyszłość, lecz aby je osiągnąć, musiała stać się samowystarczalna. Żeby stanąć na nogi, konieczne było zdobycie pewnych środków finansowych i to nie tylko dlatego, aby mieć czym zadowolić żołądek, ale również po to, aby przestały denerwować ją pewne, drobne, ale jakże drażniące jej nerwy, drobnostki. Broń, jaką pozyskała od prostych wieśniaków, była stara. Wysłużona, wykonana w niedbały sposób oraz niedostosowana do długiej, wymagającej walki. Gdyby kobieta miała zgadywać, powiedziałaby, że zapewne wcześniej odganiano nią wilki lub ewentualnych zalotników córki jej byłego właściciela, z pewnością nie służyła wojownikowi. Czerwonowłosa koniecznie musiała zaopatrzyć się w nową broń, taką, która pozwoli jej udoskonalić swoją technikę walki, a co za tym szło, zdobywać jakże pożądane na ten moment monety. Z tą włócznią, którą obecnie dzierżyła, aż wstyd się było pokazać, a przecież był to dosyć długi przedmiot, przez co znajdował się w dłoni Heroski w każdym momencie, nie mając możliwości schowania go i wygodnego przetransportowania.
Oh, jeszcze ubrania, ta kwestia również była istotna. Także one wymagały wymiany, bo choć ta była przyzwyczajona do stroju, w którym się obudziła na pustyni, nie był on praktyczny w niemalże każdym swoim elemencie. O ile niektóre z nich można było ignorować, o tyle pozostawały takie, które sprawiały, że kobieta łapała się za głowę z bezradności. Rajstopy rozrywały się niesamowicie łatwo, a i wysokie buty nie sprzyjały długim, pieszym wędrówkom, a tym bardziej nie będą ułatwiały przyszłych potyczek. Koniecznym było więc szybkie znalezienie pracy. Zlecenie, na które Kuruk ostatecznie odpowiedziała, było dla niej idealnym, a przynajmniej tak wydało jej się chwilę po tym, gdy rzuciło się w jej szkarłatne oczy. Nie wymagało zbyt intensywnego kontaktu z ludźmi, a jeżeli chodziło o jej podobne osoby, tudzież innych Herosów, była w stanie przeżyć chwilową interakcję z nimi. Również sprawdzenie na własne oczy, czym jest ta cała zaraza, anomalia, czy jak wszyscy zwali to tajemnicze w jej ocenie zjawisko, wydawało się kuszące, w końcu to z jego powodu zostali tu przymusowo sprowadzeni. Tak więc, chcąc stać się niezależną, uczciwie zarabiającą kobietą, Kuruk udała się na swoje pierwsze zlecenie. Szybko przekonała się, że mimo założonej wcześniej prostoty, co do wypełnienia powierzonego jej oraz kilku innym bohaterom zadania, będzie to zlecenie, które dostarczy jej nadmierną ilość bodźców. Wniosek ten wysnuła niedługo po zapoznaniu się z kolejnym już niebieskowłosym przedstawicielem płci mniej pięknej.
Wydawał się w jej ocenie nad wyraz ekspresyjny. Sama kapłanka nie miała w zwyczaju prowadzić kwiecistych rozmów, a w danej chwili wolała skupić się na powierzonym im zadaniu, aby czym prędzej rozejść się i zająć swoimi prywatnymi sprawami. Był to powód, dla którego też nie wdawała się w ambitniejszą wymianę słów, lecz wbrew pozorom, słuchała tego, co mówią jej towarzysze w czasie podróży wozem, jak i w każdym późniejszym momencie. Po przybyciu na miejsce oraz przejściu przez rozmokłe podłoże, przekonała się, że również drugi, tym razem jasnowłosy mężczyzna, podobnież jak ten pierwszy, wykazuje się zaskakująco promiennym nastawieniem, choć z jego słów szło wywnioskować, że spowodowane było to spotkaniem ze starym znajomym, nie zaś wizją rozwiązywania problemów mieszkańców Avarii. Tym, co ją w pewnym stopniu ucieszyło, było sprawne wskazanie im drogi do ich zleceniodawcy. Cóż, Kuruk zauważyła, że w gadulstwie uszatego znajduje się pewien plus, a mianowicie, załatwiał w imieniu całej grupy sprawy względnie formalne, dzięki czemu ona mogła skupić się na obserwacji otoczenia, a przyznać musiała, że to do najprzyjemniejszych nie należało. Podobnież było z blondynem, nie miał problemów w komunikowaniu się, dlatego ona milczała, nie przywiązując zbytniej uwagi do grzeczności względem stajennego. Już po chwili całą grupą udali się do wnętrza wątpliwej jakości przybytku, który również w środku nie zachwycał swoim jakże wysublimowanym doborem aranżacji. Pozazdrościć gustu, naprawdę. Nie, żeby kobieta przykładała do tego większą uwagę, planowała pozyskać informację od oczekującego na nich mężczyznę, nie zaś wynajmować pokój w tym zaduchu lub co więcej, pić z brudnymi klientami tego miejsca. Wystarczyło jedynie udać się na górę oraz wysłuchać tego, co tamten ma im do powiedzenia, jednak…
Wszyscy się zatrzymali i to przez wzgląd na grupę nieznajomych oblegających schody. Również ona stanęła, chcąc wysłuchać, co jej koledzy mają do powiedzenia. Sytuacja zdawała się dla Kuruk kuriozalna. Naprawdę, powstrzyma ich grupka zakapiorów, którzy nawet słowem się nie odezwali, a jedynie mają krzywe spojrzenia? Spojrzała na jedyną oprócz niej kobietę, biorącą udział w zleceniu, całkowicie nie rozumiejąc jej wzmianki o pracy w roli, która w jej ocenie nie wnosiła obecnie niczego do tej sytuacji. Nie przejęła się tym, nie miała wysoce rozwiniętych zdolności interpersonalnych, z czego zdawała sobie sprawę, dlatego nawet nie próbowała zrozumieć, co jej ciemnowłosa znajoma miała na myśli. Wiedziała zaś to, że nie chce podporządkowywać się niepewnemu biegowi najbliższych wydarzeń, który wywołała jej grupa, decydując się na rozmowę z ich przeszkodą.
– Proszę, nie bądźmy dziećmi. – odezwała się spokojnie do towarzyszy, robiąc kilka kroków w przód.
Jeżeli czerwonowłosa czegoś miała się obawiać, z całą pewnością nie będą to ludzie. W jej oczach byli istotami aż nadto słabymi, co udowadniał jedynie fakt, że potrzebowali Herosów, aby się bronić przed anomalią. Nie sądziła, że ci chcieliby ich atakować, a wręcz zgadzałaby się ze słowami jednego z kompanów, nazywającego danych osobników „ochroniarzami”. Wydawało się to wielce prawdopodobne, dlatego też podeszła do schodów, zatrzymując się niewielki kawałek od nich. Ustawiła swą broń pionowo, wysuwając ją przy tym lekko do przodu, nie będąc na tyle naiwną, aby lekceważyć ludzką głupotę, w razie tego, gdyby się jednak myliła i została zaatakowana. W razie problemów planowała się bronić, bardziej polegając na tej starej broni, niż stojących za nią osobach, których chęć podjęcia rozmowy wydawała się stratą czasu. Sama Kuruk miała zamiar rozegrać to prędko, dlatego uniosła wolną rękę, wykonując ruch machania dłonią, jakby chciała przepędzić jakiegoś irytującego gołębia. Brakowało jeszcze tego, aby powiedziała im „sio”, jednak jej twarz nie zdradzała pogardy do swoich prawdopodobnych oponentów, a jedynie znudzenie tym, że nie mogą ruszyć w dalszą drogę.
Herosi wkroczyli do Świńskiego Ryja w różnych nastrojach. Prawdopodobnie, gdyby każde z nich weszło oddzielnie, to wywołałoby całkiem odmienną reakcję u ewentualnych obserwatorów. Charyzmatyczna wesołość i optymizm Shatha mogłaby zapewne zdobyć serca nawet największych gburów, to prawda: jednooki zakapior wstał nawet i zszedł ze schodka, by stanąć mu naprzeciw. Wyszczerzył się nawet na widok ukłonu ze strony uszatego, dobrze wychowanego młodzianina. Sam przeczesał dłonią swoje czarne, przetłuszczone włosy i podparł się pod boki.
— Francesco, co? — odpowiedział mu z ironią i już wziął oddech, by rzucić jakiś prześmiewczy komentarz, lecz powstrzymał się, widząc poczynania jego jasnowłosego towarzysza, który zrazu począł coś knuć. Gdyby miał dwoje oczu, dostrzegłby zapewne i dłoń na rękojeści miecza. Mimo tego stężał wyraźnie, gotów na konfrontację: uzbrojony blondyn budził w nim wrażenie kogoś zapalczywego. Zapalczywi ludzie nie służą pokojowym rozwiązaniom. Momentem, w którym spuścił z oka „towarzysza Francesca” było odezwanie się ze strony kolejnej uczestniczki tego sporu. Tą niewątpliwie nasz strażnik schodów ocenił za najbardziej, jak dotąd, kuriozalną: małą dzieweczkę z wielkim kijem, która postanowiła podejść do sprawy w zgoła odmienny sposób. Jaki jej jej interes? – pomyślał pewnie, zdezorientowany przez mieszane sygnały. Dezorientacja jest źródłem lęku, lęk zaś – gorącą krynicą przemocy.
Jak mogła to zauważyć Blair, mimo że atmosfera się zagęszczała, inni bywalcy baru zdawali się nie zwracać na to uwagi. Panna de Poitiers siedziała najbliżej grupy hazardzistów, którzy na stół rzucali coraz to poważniejsze sumy. Pomimo dość wczesnej pory, byli na tyle pijani, że wymieniali się prawdopodobnie ekwiwalentem ich tygodniowej pensji, który wędrował z rąk do rąk, pokazujących a to karetę, a to strita. Śmiech zwycięzcy zagłuszało buczenie przegranych – i tak w koło Macieju. Para kupców wciąż rozprawiała: z tej odległości głównie było słychać frazę „drewno” wypowiadaną z przejęciem, zapewne jako obiekt ich dyskusji. Po przyzwyczajeniu się oczu do półmroku, dziewczyna mogła dokładniej dostrzec grajków, którzy zdawali się egzystować w swoim własnym świecie skrzypiec, bębenków i tamburyna. Zdawało się, że nikt nie usłyszał jej komentarza, choć Blair sama mogła przekuć swoje słowa na czyn, odsuwając na bok pobliską zasłonkę… Ale. Do rzeczy!
— O cholerę im chodzi, Polif?! — krzyknął ktoś nagle. Donośny, głęboki głos należał do siedzącego u góry schodów, najbardziej zwalistego z usadowionej na schodach grupy. Korpulentny strzelec demonstracyjnie bawił się niewielką kuszą, która w jego rękach zdawała się być zabawką. Dźwięk naciąganej cięciwy był jednak jak najbardziej prawdziwy.
— Szukają zaczepki, toż to wielcy herosi! — odpowiedział mu inny ze „strażników”, rozparty na schodach niby wielki arystokrata na tronie. Nosił na głowie ogromny beret, a oparty o poręcz obok, wielki miecz dwuręczny musiał należeć do niego. Szczerzył się, ujawniając złoty ząb.
— Ciekawe, czy Ściurald by zapłacił za ich zęby… — dodał swoje chciwe trzy grosze ostatni z nich. A może była to ostatnia, sądząc po wysokim, acz nieco ochrypłym głosie? Wyrażała w tym namyśle stoicką obojętność, wygrzebując ostrzem sztyletu brud spod paznokci. Zaraz, że kto by zapłacił?
Wnet Kuruk postanowiła zainterweniować, uspokajając swoich towarzyszy. Polif uśmiechnął się półgębkiem, widząc kogoś o podobnym podejściu do niego, choć widok uzbrojonej kapłanki wcale nie budził w nim uspokajającego wrażenia.
— Stulcie pyski. Jeszcze się zabawicie w swoim czasie — Uciszył swoich towarzyszy jednooki. Był ewidentnie ich szefem, ponieważ reszta ucichła. — A ty mi tu nie machaj, siostrzyczko. Ani rączką, ani bronią — odburknął na gest Kuruk, wciąż starając się utrzymać linię twardej dyplomacji. Trudno było powiedzieć, czy się bał konfrontacji z herosami, czy kierował nim po prosty zdrowy rozsądek.
— Mówcie, czego chcecie. Bo chyba nie urządzać mordobicie w tym czcigodnym lokalu, „towarzysze”?
Cóż, można by powiedzieć, że wszystko zgodnie z planem, nie? Tia… Chociaż „Francesco” pozornie zdobył pierwsze plusy u oprychów, zdecydowanie nie pomogła tu obecność paru narwańców, przynajmniej z pozoru. Antares, którego udało się spotkać podczas tej misji, wyjątkowo rwał się do walki. A skoro o spotkaniu mowa, czy znajomy heros z sąsiedztwa zasługiwałby na swój tytuł, gdyby tak po prostu pominął wzmiankę o towarzyszach, a także jego przemyśleniach na ich temat? No właśnie. Jakże radosne było pojednanie po dość niedługiej rozłące, kiedy to po przywitaniu przez blondyna zaśmiał się i odpowiedział - ”Ani! Z pewnością musi tak być, skoro nasze kręte drogi się zbiegły. Chyba nie muszę mówić, że wzajemnie, nie?” - ale! To nie wszystkie niesamowite wydarzenia z tego dnia. W końcu jego oczy po raz pierwszy ujrzały kogoś, kto sięgał naprawdę, ale to naprawdę nisko, a jednocześnie nosił broń wyższą od samego uszatego. Dziewczyna w słomianym kapeluszu nie zachowywała się jednak jakoś rozmownie, przepchała się bowiem i zaraz usiadła koło długiego stolika z dość… rozpustnymi istotami. Mimo wszystko przepuszczali oni pieniądze, których sam w sobie niebieskowłosy jeszcze w życiu nie widział, więc jak inaczej ich nazwać? No i jeszcze jedna persona, równie mało wygadana co poprzednia, chociaż już, o dziwo, równa mu wzrostem. Shath nie potrafił stwierdzić, która z tych osobistości ciekawiła go najbardziej, jednak szykowało się dość ciekawe zlecenie. Wróćmy jednak do tego, co ma jednak największą istotę, teraźniejszości…
~ Oj nie nie nie nie nie, stanowczo odradzam drogi kolego. ~ wydukał „Francesco”, sprawdzając, w jaki sposób zareagują panowie ze schodów na przygotowanie przez do walki przez blondyna. Słysząc pierwsze zaczepki, a raczej podejrzenia o taką, natychmiast zaczął się bronić przed niewygodną sytuacją.
~ Ejejej, ale spokojnie. Jakiej zaczepki? My tu tylko po przyjacielsku, no wiecie, grosz do grosza i te sprawy.
Próba załagodzenia sytuacji może była desperacka i beznadziejna w oczach reszty, ale nawet taki „tchórz” był przygotowany na ewentualną konfrontację. Siostra zakonna, która wysunęła się ze swoją własną „inicjatywą” w postaci dzierżonej włóczni, pozornie załagodziła sytuację. Ba, nawet się odezwała! A po niej, ponownie pałeczkę przejął szef zakapiorów.
~ Nie no, skądże, w żadnym wypadku. Nie jesteśmy na tyle narwani. A jesteśmy tu, po to by… ~ szukając jakieś rozsądnej wymówki, z pomocą przyszedł mu rzucony przez siedzącą w słomianym kapeluszu dziewczynę ~ Właśnie! Praca na roli! Jesteśmy tu, żeby porozmawiać z miejscowymi rolnikami!
Hazardziści zdecydowanie przykuli wzrok panny de Poitiers. Grali w coś, czego kobieta nawet okazji nie miała widzieć na wsi. Nie znała też wartości pieniądza, do tej pory nie miała bowiem ani chęci, ani potrzeby posiadania tejże wiedzy, czy tej na temat gry w pokera. Hazard zdecydowanie był zbyt niebezpieczną rozrywką. Z biegiem czasu posiadaczce zwierzęcych elementów zaczęło się wydawać, że rozumie zasady tej rozrywki karcianej, z którą nie miała do czynienia nawet w poprzednim życiu. Po wygranej jednego z mężczyzn panna de Poitiers nachyliła się delikatnie w stronę stolika i z zaciekawieniem spojrzała się na rewersy kart.
– Te karteczki papieru wyglądają na zadbane, co to za gra?
Zapytała się grających mężczyzn i słuchałaby ich dalej z zaciekawieniem w oczekiwaniu na rozluźnienie się atmosfery, gdyby nie działo się zupełnie na odwrót. “Francesco” wydawał się personą szukającą ugody, a Blair pewna była, że ładne słowa załatwią im przejście. Mówiono, że pokorne ciele dwie krowy ssie. Nie każdy jednak wyznawał tę zasadę, więc heroska zeskoczyła z krzesła, ostatecznie nie proponując, że dołączy się do gry. Zamiast tego poszła i delikatnie odsłoniła zasłony, wpuszczając tylko jedną trzecią możliwych promieni słońca. Jeżeli zastała za nią okno z możliwością otworzenia na zewnątrz, zrobiła to wtedy powoli i delikatnie.
– Wydaje mi się, że handlarze ludźmi najbardziej doceniliby całe, niezranione ciała. W końcu do dalszej sprzedaży nie musiałyby się kurować.
Dopowiedziała zaczepiającemu ich w lekkomyślny sposób mężczyźnie.
– Zęby, nawet herosów, nie nadają się do niczego poza obrębem ich czaszki. Rozumie pan, o czym mówię, prawda? Szczególnie poszukiwani są mężczyźni z krzepą do pracy w śmiercionośnych kamieniołomach. Im mniejsze możliwości postawienia się pracodawcy, tym lepszy towar to jest. Pamiętam, jak jeden z rolników widząc, że zbieram jego plony, groził, że mnie sprzeda do pracy, jak nie odpracuje mu tego na polu. Byłam wtedy naprawdę przerażona. Pracować od rana do świtu, za darmo, mając nad sobą pana i w każdej chwili mogąc być…
I tu przerwała groźbę skierowaną do bandziorów. Starała się jednak, aby jej ton brzmiał bardziej jako spokojna matczyna rada. Prowokacja bandy agresorów była zbyteczna w tak zatłoczonym miejscu, zwłaszcza że i ona i czerwonowłosa miały bardzo zasięgowe bronie i mogły zranić one niewinnych. Krzywdzenie ludzi niewinnych, którzy przyszli się tylko zabawić, byłoby zdecydowanie wielkim barbarzyństwem. W dodatku mogłoby to rozwścieczyć tłum, a mili dotychczas goście rzuciliby się na nich za zniszczone instrumenty lub przerwaną rozgrywkę. Słysząc komentarz “Francesco” parsknęła śmiechem pod nosem, w końcu porozmawiać? Blair była niemal pewna, że co najmniej połowa ich drużyny miała odrobinę inne plany, niż zwykła pogawędka.
Blondyn obserwował reakcję okupujących schody nieznajomych, zachowując czujność. Jednak na moment odwrócił od nich głowę, aby jeszcze raz rozejrzeć się po wnętrzu przybytku. Ludzie spędzający tu swój wolny czas, bawiąc się w najlepsze przy hazardzie i alkoholu, handlowcy spotykający się, aby dobić targu, albo słownie wymienić się ofertami, muzycy umilający gościom spędzony czas… Kiedy zauważył to wszystko, przyszło mu na myśl, że to miejsce nie jest aż takie złe, jak z początku stwierdził. Na jego twarzy pojawiła się zdezorientowana ekspresja, gdy usłyszał komentarz Blair. Przez moment spróbował przywołać we wnętrzu swej głowy obraz człowieka pracującego na roli, dbającego o swoje plony i mogącego się poszczycić ciężką, ale owocną pracą. Jakie czynności są konkretnie ciężkie? Co musi zrobić, aby na jego polu wyrosły rośliny? Jakich narzędzi używa? Ile dni musi minąć, zanim będzie mógł zebrać plony? Próba wizualizacji okazała się bezsensowna. Nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek było mu dane trudzić się takim zajęciem. Nawet nie pamiętał, czy zna kogoś takiego. Oczywiście przebywa na wyspie, na której ciężko nie spotkać się z tym zawodem i chłopak był świadomy ich obecności, lecz nie zdążył jeszcze w pełni zauważyć i pojąć, jak rzeczywiście ważna ona jest dla mieszkańców wyspy.
– Praca na roli jest… ciężka? – Jego myśli po cichu wydostały się z ust, tworząc niby pytanie do przed kilkoma chwilami poznanej koleżanki, lecz też wyraz uświadomienia sobie tego faktu. Delikatnie spuścił głowę w dół, zdając sobie sprawę z kolejnego faktu. Podejmując się tej myśli, sądził, iż wystarczy, że własnoręcznie pozbędzie się anomalii, a życie okolicznych mieszkańców będzie mogło wrócić do normy. Do tej pory nie przeszło mu przez myśl, że te ich codzienne życie, które chciał z początku chronić, jest pełne trudów i mogło im się nie podobać. Pojawił się kolejny problem, który schował w szufladce do późniejszego rozwiązania.
Nie miał czasu, aby się nad tym rozdrabniać i zbytnio rozważać. Powrócił do rzeczywistości, a na jego twarzy z powrotem zagościł ciekawski i żywy wyraz, kiedy czerwonowłosa koleżanka z grupy wykonała gest odganiający zakapiorów, chcąc przejść od razu do celu ich pobytu w zajeździe, nie zważając na nieprzyjazne spojrzenia bandy okupującej schody. Wykonał krok naprzód, stawiając jedną stopę na pierwszy stopień, niewerbalnie wyrażając swoje poparcie dla heroski.
Jednak zamierzał posłuchać się Shatha. Nie dość, że spytał uszatego o zdanie, to nie chciał, aby jego wysiłki włożone w próbę pokojowego porozumienia się ze zgrają tamtych ludzi poszły na marne. Dlatego zdjął dłoń z rękojeści miecza. Jeśli miał dzisiaj walczyć, to z anomalią. Nie zamierzał bojować z nieznajomymi, co mogłoby skutkować zniszczeniem tego miejsca i zranieniem jego niewinnych gości, którzy zasiadali przy stołach wcale nie tak daleko od nich, bo dał radę usłyszeć niewyraźne fragmenty ich rozmów, przerywane śmiechem i buczeniem. Na moment odwrócił się do niebieskowłosego, aby ten wiedział, że tym razem się go posłucha.
– Skoro tak mówisz…
Następnie zwrócił się do jednookiego zakapiora, który budził w nim największą ostrożność i podejrzenia.
– Nie mam zamiaru urządzać żadnego mordobicia. Po prostu daj nam przejść i wszystko będzie w porządku. Chcemy omówić coś ze… Ściuraldem. Swoją drogą dziwne imię. Potem, tak jak powiedział mój przyjaciel Francesco, porozmawiamy z rolnikami i udzielimy im wszelkiego wsparcia, tak aby nie musieli się obawiać o to, że nagłe pojawienie się anomalii zrujnuje ich ciężką pracę.
Mimo wcześniejszego zapewnienia nie spodobały mu się komentarze pozostałych osobników o tym, że herosi szukają zeczepki i o zębach. Zmarszczył brwi, słysząc od niższej z kobiet o handlu ludźmi. Najwidoczniej musiał zapomnieć też o tym, że gdzieś w cieniu zawsze kryje się takie zło, które bywa okrutniejsze dla pechowców, niż cokolwiek, co mogłoby im się przytrafić. Handel ludźmi i ich częściami. Nie pamiętał nic z życia, zanim pojawił się na tej wyspie, ale coś mówiło mu, że nie ważne, kiedy by to było, teraz czy w przeszłości, nie byłby w stanie zaakceptować istnienia takiego czegoś. Dlatego dołączył do czerwonowłosej koleżanki. Zbliżył się do niej, próbując wejść na kolejne stopnie. Śmiało wziął ją pod rękę, a drugą dłonią próbował zrobić sobie miejsce do przejścia. Próbował lekko przesunąć pierwszego zakapiora, który siedział na jego drodze. Starał się nie okazywać agresywnej postawy. Po prostu nieco trącił jego bark.
– Pokazując taką postawę, to wy jesteście tymi, którzy szukają zaczepki. Wolałbym z wami nie walczyć, dopóki któryś z was nie wyzwie mnie na pojedynek, ale jeśli nadal uważacie, że to my szukamy mordobicia, to zejdźcie z drogi. Uwierzcie, wy też nie chcecie stawać ze mną w szranki.
Gołym okiem dało się zauważyć, że obydwie grupy, zarówno mężczyźni o aparycji bandziorów, jak i Herosi, nie pałali do siebie sympatią oraz wykazywali się wzajemną podejrzliwością, co było całkowicie zrozumiałe. Pierwsi z nich wyglądali nieprzyjaźnie, drudzy zaś swoim zachowaniem mogli wzbudzać niepewność w prawdopodobnych bywalcach tego lokalu. Kuruk miała nieodparte wrażenie, że gdyby w momencie wejścia do zajazdu, jeden z jej towarzyszy trzymał język za zębami, decydując się na krótkie „przepraszam” względem oponentów obecnej rozmowy, ci przepuściliby ich znacznie wcześniej, niż działo się to obecnie. Przynajmniej tamci nie poczuliby się zagrożeni i ona sama najprawdopodobniej przyłożyła do tego rękę i to w sensie dosłownym. Kiedy zakapiory toczyły rozmowę między sobą, kobieta obserwowała ich, nie będąc pocieszoną faktem, że jeden z nich już szykował się do walki, nie uważając jednak, że ci byliby zdolni pokonać ich czwórkę, niezmiennie wierząc w wyższość ich sił ponad tymi potencjalnych oponentów.
Nie byłaby zmartwiona, gdyby doszło do starcia, lecz mimo swojej cierpliwości wolała nie marnować czasu na bezsensowne rozmowy, stąd jej pośpiech. Było jednak coś, co ją zadziwiło, choć wyraziła to jedynie przy pomocy drobnego gestu, przechylając lekko głowę w bok, zainteresowana postawą lidera bandziorów. Miał rozsądne podejście do ich drobnego sporu, nie zdawał się szukać zwady, co bardzo jej odpowiadało. Najwyraźniej ludzie nie posiadali jedynie negatywnych cech, tlił się w nich zalążek czegoś, co mogłaby w nich szanować. Wysłuchała tego, co jednooki miał jej do powiedzenia, nie czując się urażoną wystosowanym w jej stronę określeniem, ani tonem, w jakim się wyraził. Co więcej, zareagowała spokojem, chcąc wykazać, że przystaje na jego słowa. Odwróciła się do mężczyzny tyłem, podchodząc do niebieskowłosego gaduły, którego w danym momencie oceniała negatywnie. Odnosiła wrażenie, że gadał to, co mu ślina na język przyniesie, nie pojmując, dlaczego w ogóle wspomniał o rozmowie z rolnikami. Skąd ta taktyka? Brzmiał tak, jakby chciał dostać się na górę, obierając przy tym okrężną drogę. Dlaczego nie był bezpośredni, a obrał tak głupi tor? Gdyby Herosi naprawdę chcieli pomówić jedynie z rolnikami, czy naprawdę aż tak usilnie wykłócaliby się o wejście po tych kilkunastu stopniach, czy jednak udali się do stolików hazardzistów, by pomówić z nimi? Grupa, z którą się konfrontowali, na wieśniaków jej nie wyglądała. Będąc już przy młodzieńcu, Kuruk wręczyła mu swoją włócznię, oceniając, że w danej chwili najpewniej się jej nie przyda.
– Trzymaj, Francesco. – odezwała się, podając towarzyszowi broń – Nie zrań tym rolnika, z którym będziesz rozmawiał.
W tym momencie spojrzała na niego lekko zirytowana, przekazując mu w ten sposób, że jego gadanie niekoniecznie się jej podoba, a wręcz twierdzi, że ten jedynie pogarsza ich sytuację oraz sprawia, że stając się coraz bardziej podejrzani. Ah, gdyby posiadała moce telepatii, byłoby łatwiej go uciszyć. Po krótkiej wymianie słów oraz spojrzeń czerwonowłosa zerknęła również na ich maleńką towarzyszkę. Nie przeszkadzało jej, że ta chwilowo nie angażowała się w rozmowę z najemnikami, bandziorami, czy kimkolwiek tam oni byli. Ona sama nie interesowała się rozgrywkami gier karcianych, lecz jeśli tamta poczuła dreszczyk fascynacji, dlaczego nie pozwolić jej na obserwację. W pewnym momencie powróciła jednak do dyskusji, a kapłanka znowu nie zrozumiała, co ta próbuje przekazać tu zebranym. Stało się to przez wzgląd na jej niemalże znikomy poziom poczucia humoru, ale i to, że wszystko odbierała zbyt poważnie, zwłaszcza że dopiero co poznała swoich towarzyszy zlecenia.
– Nikt nikogo nie będzie sprzedawał. – wtrąciła się, zdecydowanie odbierając to zbyt dosłownie, a także woląc uprzedzić wszelkie osoby zainteresowane tym procederem, że tego dnia do niego nie dojdzie.
Po wypowiedzeniu tych słów znów podeszła w obręb schodów. Tym razem porozumiewawcze spojrzenie posłała jednookiemu, chcąc przekazać mu niewerbalny komunikat, że nie jest chętna do przepychanek. Ciekawym zwrotem akcji w oczach Kuruk było to, że jej blond kompan wkroczył na schody, dając jasny sygnał, że ma zamiar nimi przejść. Sprawił on, że kąciki jej ust uniosły się lekko, ukazując uśmiech zadowolenia, a to przez fakt, że w końcu ktoś wykazał się bezpośrednią, szczerą wiadomością w stosunku do ich potencjalnych przeciwników. Antares zaplusował u kobiety. Mimo tego, jego chęć chwycenia jej nie spotkała się z pozytywną reakcją. Gdy próbował ją złapać, ta cofnęła się, nie będąc zainteresowaną takową formą spoufalania się. Może i nie miała zamiaru iść obok niego, trzymając się przy tym blisko, lecz za nim jak najbardziej miała zamiaru ruszyć
– Ma rację. Przejdziemy i porozmawiamy ze Ściuraldem, a im szybciej tego dokonamy, tym prędzej stąd odejdziemy. Rozwiązanie korzystne dla każdej ze stron. – poparła swojego kolegę – Dlatego przepraszam, przechodzimy tymi schodami.
Poklepała lekko jasnookiego po plecach, chcąc dać mu znak, aby szedł dalej.
Ktoś poetycko mógłby powiedzieć, że maszyneria Losu porusza się wedle zapisanych w kartach przykazaniach. Z tego powodu — czy też dla zachowania pewnego napięcia narracyjnego — opiszę karciane przygody Blair jako pierwsze. Na bogów, po co się w ogóle z tego tłumaczę?
— To karty, młoda damo. Trzeba mieć pieniądze, żeby grać. Zarazem należy grać, aby mieć pieniądze — wyjaśnił jeden z hazardzistów tonem filozofa, przedstawiając niedoszłej graczce założenia gry. Ktoś bywały w tego rodzaju lokalach zidentyfikowałby ją jako pewną wariację pokera: wygrywała bowiem osoba, której karty na ręce tworzyły najsilniejszą kombinację z tymi, które znajdowały się na stole. Oczywiście największym smakiem tej rozgrywki były pieniądze, dokładane do rozgrywanej puli wraz z trwaniem każdego z rozdań: dlategoż gdyby Blair chciała zagrać partyjkę, musiałaby chyba obstawić swój kapelusz.
Druga hazardowa partia odbywała się przy schodach. “Francesco” kontynuował pertraktacje. Słowa o zbieraniu grosza do grosza przykuły uwagę Polifa, który zmrużył swoje oko z zainteresowaniem. Czasem wystarczy jedynie wspomnieć o pieniądzach, by zrazu stać się w czyichś oczach poważnym graczem, a nie wioskowym gadułą, który by tylko marnował czas poważnych obywateli! Już nawet miał splunąć po męsku w dłoń i wyciągnąć ją do uścisku niebieskowłosemu koledze po fachu, dopóki nie usłyszał jego kolejnych słów.
— Z chłopami? — uśmiechnął się z niedowierzaniem. Nie żeby mu nie wierzył, raczej… widział w drużynie bohaterów materiał na coś więcej, niż potencjalnych pracowników rolnych. Nawet Blair, która jako jedyna tu mogła pochwalić się doświadczeniem zawodowym na stanowisku pańszczyźnianej chłopki, nie wyglądała mu na kogoś, kto pracowałby w polu. Nie mówiąc nawet o aparycji pozostałej trójki!
Z pomocą przybył Ani — jak to przedstawił go Francesco — który ewidentnie postanowił przejść na bardziej dyplomatyczną stopę. Postawił ją nawet na pierwszym schodku, gdzieś pomiędzy rozłożonymi nogami rubasznego oprycha w berecie, a siedzącą na dole, jak już było widać z bliska, jedyną kobietą w grupie strażników schodów. Antares spotkał się z zaciekawionymi spojrzeniami, pakując się tak bez słowa na potencjalnie wrogie terytorium: być może nawet zyskał uznanie oprychów, z odwagą godząc się na ewentualny cios sztyletem w krocze. Wnet jednak zabrał głos: i wtedy wszystko stało się jasne.
Imię “Ściurald” okazało się zadziałać na nich jak jakiegoś rodzaju magiczne zaklęcie. Bereciarz zachichotał. Grubas z kuszą prychnął. Nożowniczka westchnęła ostentacyjnie, podpierając się pod głowę.
W tym samym momencie napięcia, zasłona w niedalekim oknie została odsunięta przez Blair. Leniwe promienie słońca wpadły do środka tawerny. Chyba wszyscy biesiadnicy spojrzeli na chwilę w stronę światła, które ujawniło na moment ich twarze: od całkiem znośnych, do zakazanych oblicz spowitych bliznami po nożach i zarazach. Ktoś blisko okna zaklął głośno, wstał i zasłonił światło z powrotem. Uważni herosi mogli jednak zauważyć, że w świetle, na krótki moment, widoczne stały się symbole na ubraniach czwórki oprychów: w różnych miejscach, każdy z nich miał naszyty lub namalowany symbol karcianego pika. Pod pikiem, widoczny był symbol określonej karty: każdy zdawał się mieć przypisany inny symbol. Nie były to zatem zwykłe rzezimieszki: reprezentowali sobą jakiegoś rodzaju zorganizowaną grupę, zapewne najemników. Ale na ile znaną? Zdaje się, że żaden z herosów nie był w stanie tego określić.
— No to trzeba było mówić, że do Ściuralda, do diaska! — Odrzekł w końcu Polif, który jednocześnie był zmieszany i rozbawiony całym tym, w jego opinii niepotrzebnym, incydentem.
— Szef kazał zamknąć dla siebie całą górę, rozumiecie, a my siedzimy tu jak głupi i pilnujemy. Skoro macie do niego sprawę, to właźcie. Tylko bez przepychania — dodał w ramach wyjaśnienia, krzyżując ręce na piersi. Jasnym stało się, że byli oni ludźmi samego Szczuralda: trudno było powiedzieć, po co oprócz herosów byli mu potrzebni najemnicy. Zapewne nie czuł się bezpiecznie, skoro zaszył się sam na całym piętrze i kazał nikogo nie wpuszczać.
Sytuacja została rozładowana, a najemnicy rozsunęli się, dając czwórce przejście. Nie obeszło się bez drobnych przepychanek, ponieważ nawet gdyby Antares i Kuruk nie próbowali wchodzić tam szybciej, minięcie korpulentnego kusznika (nawet pomimo jego współpracy) wymagało trochę wciągania brzucha i przeciskania się wzdłuż poręczy.
— Z tym handlem to na serio? — Rzuciła nożowniczka, nawiązując jeszcze do wcześniejszych słów Blair i odpowiedzi Kuruk.
— Poważne interesy mają te Aniołki Francesca — Skomentował jeszcze bereciarz z mieczem. Mrugnął niejednoznacznie (acz bez drwiny!) do Antaresa, najwyraźniej uznając go za jednego z “Aniołków”.
Droga do Szczuralda stała otworem. Drzwi oznaczone numerem trzy były uchylone, na tyle, by widzieć stąd obłoki pary i krawędź żeliwnej balii. Szef ewidentnie zażywał kąpieli, co podkreślało jego pozycję jako przedstawiciela lokalnej szlachty, a ponadto człowieka higieny.
— Zapraszam, zapraszam, nie krępujcie się! — Dobiegł ich stłumiony głos z wewnątrz.
Cóż, wymówka gadania z rolnikami była dość nietrafiona, co wydało się Shath’owi zabawne, zważywszy na to, że tychże parobków mieli według opisu zlecenia zmotywować do roboty. Czyżby Kuruk, która oddała niebieskowłosemu swoją dzidę, nie czytała ogłoszenia? Z jej tonu, w którym wyczuł drwinę skierowaną w jego stronę, wywnioskował, że raczej nie. Przynajmniej Antares wiedział, o czym była mowa, ale czy można powiedzieć, że było to odpowiednie podejście…?
Ku wielkiemu zawodowi uszatego, niestety, ale nie. Chociaż najemnicy, pozornie należący do jednego ugrupowania, wydawali się gotowi do walki w każdym momencie, w przeciwieństwie do domysłów Shath’a wcale nie byli ich wrogami. Wręcz przeciwnie, jak tylko usłyszeli nazwisko, zaraz się rozweselili, nawet rozbawili. Oj jakiego głupa próbował zgrywać mężczyzna zupełnie bez potrzeby… No ale czasu się nie cofnie, przynajmniej nie doszło do żadnego handlu ludźmi czy ich częściami, do czego prowokowali się wzajemnie jeden z oprychów i Blair. Apropos ich towarzyszki, która zainteresowana była bardziej kartami niż przejściem na piętro, niebieskowłosy docenił gest rozświetlenia nieco wnętrza, na tyle, by wydać głośne westchnienie, jak tylko próba okazała się zbyteczna. Czyżby pomieszczenie to było pełne wampirów, czymkolwiek takowa istota była?
~ Szef, powiadacie? ~ „Francesco”, próbując odbić się od dna, jakie mógł w oczach innych osiągnąć, złapał się za głowę i zaśmiał głośno ~ Panowie mi w takim razie wybaczą moje małe przedstawienie, tak tu ciemno, że nie wiadomo, komu ufać, komu co wyjawić.
To mówiąc, zdecydował się już raczej iść z biegiem wydarzeń, nie odzywał się, dopóki nie odczuł takiej potrzeby. Skoro już nie mieli po co kryć tożsamości ich zleceniodawcy przed najemnikami, jego teatralny spektakl raczej już się nie miał jak przydać. Prychnął śmiechem, gdy usłyszał docinkę o jego „aniołkach”, ale nie miał nic przeciwko. Zawołał tylko za jedyną zdolną do pracy na roli, kiedy tylko zwolniło im się przejście.
~ Idzie z nami panienka na piętro? Jest to wręcz niepowtarzalna okazja, jak na moje oczy i uszy.
Mówiąc to, uśmiechnął się do niej, po czym przeszedł za resztą do najważniejszego punktu ich wizyty w tym zajeździe. Z tym że nauczony po poprzednich doświadczeniach, tym razem zdecydował się nie brać inicjatywy, gdy zostali zaproszeni do pokoju przez uchylone drzwi.
~ Panie przodem. ~ to jedyne, co odparł po dżentelmeńsku, mimo wszystko dalej mając na twarzy sympatyczny uśmiech, a w dłoni podarowaną włócznię, o ile nie została mu zabrana.
Karty na stół, wraz z poświęconym przez hazardzistów czasem dla Blair na tłumaczenie zasad, posiadaczka psich atrybutów czuła coraz większą chęć dołączenia się do rozgrywki. Możliwość wygrania dużych pieniędzy przy stosunkowo małym wysiłku brzmiała jak marzenie. Do zwycięstwa potrzebna była jedynie najsilniejsza kombinacja kart. To zrozumiała na samym początku, a wraz z podglądaniem zachowania biorących udział w rozgrywce, poukładała sobie informacje na temat siły kart, usystematyzowała sposób łączenia kombinacji i zrozumiała niektóre zachowania. Rzucenie kart na stół oznaczało rezygnację z rozgrywki, a położenie większej sumy wiązało się ze zmuszeniem graczy do wydania kolejnych pieniędzy na rozgrywkę, a najbardziej zadziwiającym dla suczki ruchem był va-banque, wykonywany stanowczo jej zdaniem za rzadko, chociaż z pewnością sama nie postawiłaby wszystkich swoich pieniędzy na jedno rozdanie. Przynajmniej tak wydawało się dziewczynie, stojącej jeszcze w roli obserwatora. Zauważyła, że rozdawane karty są z trzech pul, najpierw z dwa razy większej od mniejszej, następnie mniejszej, a na koniec jeszcze trochę mniejszej od mniejszej.
Mniejsza nie zawierała karty nazywanej przez graczy Jokerem, czego Blair jeszcze nie rozumiała, ale nie chciała kwestionować zasad. Panna Blair de Poitiers już miała zastawiać swój drewniany łańcuszek, gdy usłyszała niezbyt przyjemne dla możliwości zaczęcia uprawy hazardu wołanie. Zlecenie ją goniło i nie mogła pozostać z hazardzistami, by oddać się przyszłemu nałogowi.
– A będą grali Państwo jeszcze wieczorem? Jeśli tak, to proszę na mnie poczekać, jak tylko odbiorę wypłatę, to chętnie się dołączę.
Obiecała mężczyznom mało rozsądna kobieta, po czym biorąc swój nazbyt duży kijek, pobiegła za wołającym ją “Francesco”. Sytuacja została rozwiązana bez większego udziału dziewczyny, a co ważniejsze, bez jakiejkolwiek, nawet najmniejszej bójki. Schodami wbiegła na górę, rzucając ochroniarzom krótkie “Dzięki”. Dobiegła tam, gdzie reszta oczekiwała rozmowy ze zleceniodawcą. Blair weszła, gdy tylko znalazło się dla niej kilkanaście centymetrów przejścia. Dłonią rozgoniła smród dymu i dokładnie rozejrzała się po pomieszczeniu, o ile było to w ogóle możliwe, kiedy stała przy drzwiach.
W trakcie oględzin postanowiła zaczepić “Francesco” krótkim, wyszeptanym dialogiem.
– Dzięki, niektórzy potrafią być tak charyzmatyczni, że odciągają moją uwagę od ważniejszych spraw.
Podziękowała niebieskowłosemu, który jakby nie patrzeć pomógł jej kontynuować zlecenie i nie stracić jedynego aktualnego dobytku życia. Nawet jeżeli Blair w swoich dalszych planach miała ochotę wrócić i zaprzepaścić zarobione pieniądze. W głowie zwierzołaczki zaczęła pojawiać się myśl, że to miejsce nie powinno nazywać się świński ryj, a Karta-bar. Symbole na ubraniach, których znaczenie próbowała sobie wytłumaczyć w głowie, porównując je do symboli na kartach podczas rozgrywki, idealnie zgrywały się z hazardzistami grającymi w pokera. Wszystko byłoby o wiele bardziej spójne.
Blondyn cicho się zaśmiał, kiedy okazało się, że ci tajemniczy ludzie są pracownikami osoby, do której mieli interes, więc postanowili ich przepuścić. W myślach stwierdził, że to absurdalna sytuacja. Gdyby tylko powiedział o ogłoszeniu Szczuralda wcześniej, już dawno byliby na górze. Dlatego zaczął pośpiesznie wchodzić, tak szybko, jak pierwszy zakapior odsunął się z drogi. Zanim jednak minął bereciarza z mieczem, odwzajemnił jego spojrzenie. Nie spodziewał się po nim takiego zachowania. Heros nie sądził, że ochroniarze od razu porzucą wrogie nastawienie, w tym ten jeden konkretny, który wyraził nawet przyjazną postawę. Ich pan musiał być kimś naprawdę szanowanym albo po prostu naprawdę mocno potrzebował pomocy z zewnątrz wsi. Przyjrzał mu się przez moment i wtedy zauważył jego broń. Już wiedział, że się zrozumieją, dlatego postanowił się do niego odezwać, zanim przeszedł do ogromnego kusznika.
– Jak tylko to całe zamieszanie się skończy, znajdź mnie, a wtedy wyzwę cię na pojedynek. Pokażę ci coś ciekawego.
Kiedy mówił o pojedynku, przypomniało mu się jedno zdarzenie sprzed chwili. Do pomieszczenia wpadło trochę światła i chłopak mógł lepiej ujrzeć oblicza nieznajomych. Zauważył wtedy coś bardzo interesującego, jednak nie zwrócił na to uwagi w pierwszej kolejności. Symbole na ich ubraniach były takie same jak te na niektórych kartach hazardzistów. Możliwe, że mogły oznaczać szczeble w hierarchii najemników von Veltina. Czy oni też takie dostaną po stawieniu się u pracodawcy? Te symbole mogły też według chłopaka oznaczać ich siłę. Stwierdził, że musi później zapytać się heroski, która rozmawiała z hazardzistami o to, czy dowiedziała się od nich, które karty są “lepsze” od pozostałych i jeśli tak, to kto z ochroniarzy miał na ubiorze najpotężniejszy symbol.
Jednak w tym momencie był zajęty próbami przeciśnięcia się obok gabarytowego kusznika. Kiedy udało mu się przejść, opierając się o poręcz, poszedł za głosem zapraszającym do środka. Wnet zauważył obłoki pary, znajdując się przed drzwiami z numerem trzy. Młodzieniec zapukał trzy razy przed wstąpieniem do środka, dla zachowania kultury. Wszedł i ukłonił się, lecz nie przesadnie, lekko dla właściwego powitania.
– Nazywam się Antares. Znalazłem twoje ogłoszenie w Carathar. Jestem gotów pomóc tej wsi, lecz najpierw chciałbym o coś zapytać. Zastanawiają mnie dwie rzeczy, mówiąc konkretnie. Gdzie teraz są rolnicy, którzy według twojego listu utworzyli milicję? Muszę się z nimi spotkać i porozmawiać. Co ważniejsze, wystarczy, że pozbędę się tej anomalii, prawda? Wtedy wszystko powinno wrócić do normy. Byłoby świetnie, gdybyś wydelegował kogoś, kto pokazałby mi miejsce, w którym ostatnio zauważono ślady anomalii.
Mężczyźni siedzący przy stole jedynie uśmiechnęli się szeroko do Blair, ukazując znaczne braki w uzębieniu, jakby na potwierdzenie tego, że z wielką przyjemnością zaczekają na drobną i naiwną dziewczynę, która wszakże obiecała im wrócić wieczorem z simirami. Co dla nich stanowiło jasną informacje odnośnie tego, że pula złota na stole przed nimi się powiększy, będąc tym samym możliwą wygraną. Oczywiście dla jednego z nich, w końcu nie pozwolili by sobie na przegraną z nieopierzoną heroską, która ledwo co skończyła ścierać mleko spod warg... Wyroki losu są jednak niezbadane, a w tej chwili ciężkim do przewidzenia było, czy zleceniobiorcy w ogóle otrzymają obiecaną zapłatę. Najemnicy wprawdzie przepuścili ich, rozsuwając się zaledwie na tyle, by przechodzący pomiędzy nimi herosi dalej musieli czuć respekt ich przewagi liczebnej. Otyły kusznik zarechotał słysząc komentarz Antaresa, a mężczyzna z wielkim mieczem wymownie chwycić się w okolicy krocza, wyszczerzając zęby na wieść o tym, że młody chłopak chce pokazać coś ciekawego jednemu z ich towarzyszy. Wygląd blondyna jawił się w ich oczach jako jawne potwierdzenie jego zniewieściałego natury, zresztą ewidentnie mieli też takie samo mniemanie o Shatcie, który zgrywając dżentelmena i używając wyszukanych słów, co chwilę mógł wyczuwać na sobie pełne szydery spojrzenie. Prędko zeszło to jednak na dalszy plan, gdy cała czwórka weszła po schodach, a Antares roztworzył szeroko drzwi do trzeciego z pomieszczeń na tym piętrze. Jego oczom ukazał się mężczyzna, nagi mężczyzna co warto nadmienić, relaksujący się właśnie w sporych rozmiarów żeliwnej bali. Towarzystwa dotrzymywała mu skąpo odziana, masująca jego plecy kobieta, która jednak pomimo zwiewnej halki, miała przytroczone do bioder nie tylko podwiązki, ale i parę sztyletów. Cóż, najwidoczniej kolejny z jego ochroniarzy, których jak widać potrzebował całkiem sporo... — No wchodźcie, wchodźcie — Spojrzenie spod przymkniętych w połowie oczu Ściuradla spoczęło na blondynie, który jako pierwszy odważył się do niego odezwać. On sam górował nad nim ewidentnie, nie tylko sporą tuszą, ale i zwałami mięśni, które odznaczały się spod piany, ledwo tylko zasłaniającej to, co powinno zostać zasłonięte. — Więc tak... Dwójka samcołożników, dziecko i kurtyzana... — Słowa wypowiadane było cichy, bez żadnej obawy jednak w głosie, męskim barytonem dobiegającym spod szczeciny na twarzy szefa. Zarówno ona, jak i widoczne znad piany elementy jego ciała okraszone były bliznami, co tylko dodawało mu wizerunku kogoś, kto przeżył w swoim życiu naprawdę sporo, a swoją pozycję zdobył najprawdopodobniej nie bez rozlewu krwi. — Zjeżdzajcie stąd, nie nadajecie się. — Oceniając ją ich przez kolejnych kilka sekund, Ściurald wydał wreszcie werdykt, ponownie zamykając oczy i opierając szyję o krawędź balii tak, by jego... opiekunka mogła dalej masować mu jego masywne barki. Wyglądało na to, że to koniec też przygody. Ze względu na swoją aparycję, ubiór czy po prostu osobiste preferencje herszta zostali odprawieni, co ponownie spotkało się z rechotem najemników. Ci rzucili herosom pod nogi garść simirów, najwidoczniej mając nadzieję zobaczyć, jak bohaterowie podnoszą je z ziemi, jednocześnie wręcz klejąc pod ich stopami. Nie zatrzymywali jednak nijak, żegnając niedoszłą drużynę wyłącznie śmiechem i pogwizdywaniem w kierunku żeńskiej połowy zespołu, gdy drzwi zamykały się z nimi z głośnym hukiem.
Ach! Cóż za pech, nawet poetycki język, jakim mógł wykazać się przed zleceniodawcą, nie zdał się na wiele uszatemu. Ale to nic, przecież nie stracił kasy, a jedynie szansę na jej zdobycie. Uszy do góry i idzie się dalej, co więcej, patrzcie! Zaraz po zejściu z piętra, gdy za nimi zostały rzucone pieniądze, zadowolony skłonił się teatralnie w podzięce, po czym zebrał ich garść. W końcu najemnikowi rybka skąd bierze się zarobiona kasa. Nie znaczyło to jednak, że za utratę honoru pozostał im dłużny.
~ Cóż za zaszczyt mnie trafił, że mogę być świadkiem waszej hojności, pozwólcie mi się zatem odwdzięczyć, najlepiej napojem.
Z tymi słowami podszedł do jednego ze stolików, by zabrać pełen kufel jednemu już zbyt pijanemu klientowi zajazdu. Następnie podszedł do najemników i jednym szerokim zamachem cisnął piwem w największego z oprychów, by ze złośliwym uśmiechem zacząć zwiewać, rzucając pożegnalne ~ Na koszt firmy!