Zakazany Las

Pomiędzy kilkoma mniejszymi wioskami rozciąga się las będący w zasadzie smutnym świadectwem tego, jakich zniszczeń potrafi dokonać Anomalia. Będący niegdyś żywym i pełnym zieleni oraz lokalnej fauny miejscem dziś straszy szarością, obumarłymi lub dotkniętymi mutacją drzewami oraz gęstą mgłą. Najpoważniejszym zagrożeniem są jednak zamieszkujące las potwory, które tylko czekają na to, aż nieświadoma ofiara znajdzie się w ich zasięgu i stanie się ich przekąską. Władza w Sylvaris już lata temu postanowiła zabronić wchodzenia do lasu zwykłym mieszkańcom w obawie o to, że mogą tam zginąć, lub — co gorsza — po powrocie z tego miejsca roznieść Anomalię dalej. Dostęp tam mają tylko odpowiednio doświadczeni i wyszkoleni mieszkańcy, którzy wiedzą jak się zachować w lesie i otrzymają specjalne zezwolenie oraz oczywiście Herosi, którzy czasem wręcz są tam wysyłani w ramach zleceń, aby oczyścić teren z mutantów zapuszczających się zbyt blisko ludzkich siedzib. Granicząca z Seminos część, chociaż wygląda na bardziej zieloną, nie jest wcale mniej niebezpieczna, kto wie, jakie niebezpieczeństwa lub — co gorsza — niespodzianki, mogą napotkać członkowie grupy poszukiwawczej?

Dalia

Owieczka była przeurocza w odczuciu brunetki. Wilk trochę mniej, aczkolwiek tworzyli interesującą parę. Kobieta została lekko zaskoczona słowami lewitującego towarzysza rogatej, ale z drugiej strony nie było to nic ponad normę wśród herosów najwyraźniej. Cieszę się w takim razie, że się nie rozdzielamy. Razem jest bezpieczniej, jeśli mamy opuścić wioskę. - powiedziała to Dalia z uśmiechem na twarzy. On jednak długo tam nie zagościł, patrząc na dalsze wydarzenia, które miały miejsce.

Orfund dołączył się do starań kobiety w osaczeniu leśników, aby ci byli bardziej rozmowni. Dokładnie też tak się stało, ale na pewno nie pomógł w tym Natash. Nie zareagowała jednak na jego wybuch, jej oczy były skierowane na leśniczego, który wydawał się bardziej pełny ducha współpracy. Pewnie pomogło w tym pokojowe nastawienie panienki Amviel, na które liczyła. W końcu najlepsze efekty uzyskuje się, traktując innych metodą kija i marchewki.

Bazując na informacjach, którymi kumpel zaginionego się podzielił, ten poszedł sam, nikogo nie poinformował, a sami nie mogli opuścić przez tę sprawę posterunku. Miało to sens. Dodatkowo już zbliżali się do ważnej informacji, gdy doszło do szmeru w krzakach. Dalii wzrok od razu tam powędrował, przez swoją posturę zawsze była wrażliwa na niepokojące dźwięki dookoła. Ujrzała jedynie niską postać, której ciemne włosy zniknęły pomiędzy liśćmi. Leśniczy zaś nie tracąc czasu, pobiegli, za tą osobą. Dalia nie zastanawiając się za długo, podążyła za nimi, nie dostali bowiem od nich potrzebnych informacji. Zerknęła na towarzyszy za swoimi plecami i krzyknęła.

~Nie powiedzieli nam, gdzie najczęściej chodził Frederic, ten las jest za duży, aby szukać na ślepo! Biegnę za nimi! - Dalia była przekonana, że reszta herosów podejmie odpowiednie decyzje za siebie. Czy dalej ruszyć w las skoro ścieżka się otworzyła, czy też udać się w pościg za leśniczymi. Gdy ta biegła przez chaszcze starając się nie zahaczyć nigdzie ubraniami ani włosami wypatrywała istoty, która się próbowała przekraść. Gdy w końcu udało się ją dojrzeć, Dalia krzyknęła.

~Hej! Zatrzymaj się, proszę! - brunetka nie była pewna czy da to jakikolwiek skutek, ale mogła spróbować zwrócić na siebie uwagę dziewczyny z kocimi uszami i ogonem, a przynajmniej takowo one wyglądały. Po spotkaniu Elizabeth też nie była pewna czy to mieszkanka, czy heroska, jeśli to drugie to może uda się jej ją zachęcić do pomocy.

Orfund

Westchnąłem w myślach. Natash ewidentnie nie był najlepszą osobą, którą chcesz zabrać ze sobą na jakiekolwiek zlecenie. Jego interwencja kompletnie negowała jakikolwiek wpływ, jaki próbowaliśmy z Dalią mieć na leśniczych. Na szczęście Amviel była inteligentna i dostosowała się do wydarzeń. Mężczyźni, zaniepokojeni widokiem osoby, która weszła do lasu za ich plecami, pobiegli w jej kierunku. A Dalia pobiegła za nimi. Uznałem, że to, co robią to głupota. Skoro las był tak niebezpieczny, to tylko narażali się na niebezpieczeństwo biegnąć bez żadnego rozeznania. Tym razem westchnąłem już na głos. Zwróciłem się do Amviel:

- Biegnijmy za nimi. Zaraz ta banda właduje się na jakieś potwory i nie będzie co z nich zbierać. W międzyczasie niech twój futrzasty przyjaciel szuka jakichś śladów zaginionego. Może akurat coś dostrzeże.- kończąc swoją wypowiedź, pobiegłem za resztą. Biegłem rytmicznie, oddychając w spokojnym tempie, aby nie stracić sił przed potencjalnym spotkaniem z przeciwnikami. Biegnąc obserwowałem otoczenie, skupiając się na niepokojących odgłosach oraz potencjalnym ruchu w gąszczu. Byłem gotowy w każdej chwili sięgnąć po broń.

Amviel

Rozumiała, że las był miejscem niebezpiecznym, ale nie zgadzała się ze stwierdzeniem, że przeciętnego Kowalskiego czekać będzie tam pewna śmierć. Gdyby tak było, stojący przed nimi leśniczy już dawno gryźliby piach i to ich herosi szukaliby w kniei. Jedyne co w tym wszystkim było niepokojące, to fakt, że za wszelką cenę poszukiwany chciał iść tam sam. W końcu jak inaczej wytłumaczyć to, że nie poinformował o swojej wycieczce przyjaciół? Chciała ten temat rozwinąć, zapytać towarzyszy o ich przemyślenia, jednak nie było jej to dane. Uwaga wszystkich zebranych szybko przeniosła się w kierunku niskiej postaci, która przekradła się do lasu. W tym wszystkim jednak Owcy nie pasowała jedna, dosyć istotna rzecz.

Spojrzała na wilka, ten spojrzał na nią. Wróciła wzrokiem do oddalających się postaci, później znów na chowańca, znów na innych i dopiero po tym postanowiła przemówić:

— A- ale czemu wy biegniecie? — zapytała, kierując się powolnym krokiem w kierunku reszty. — Ona po prostu idzie, czemu… — ucięła, aby westchnąć i już więcej się nie odezwać. Czasem nie rozumiała działań innych osób, sposobu ich zachowania. Z tego też powodu nie posłuchała polecenia Orfunda, wilk swoją drogą też. Nie, żeby miał jak, skoro takiego polecenia od swej pani nie dostał.

— Otaczają mnie idioci — dało się usłyszeć jeszcze ciche narzekanie duchowego stworzenia, lewitującego u boku Amviel, która zbliżała się w stronę reszty zebranych.

Blair

Kto miałby ją w końcu zatrzymać? Leśnicy? Rozmawiali z herosami, musieliby przestać, wejść do lasu i tym samym pozwolić nietutejszym rozpocząć pracę. Herosi? Musieliby dostać na to pozwolenie! To zdanie kobiety nie mogło okazać się bardziej mylne! Herosi pozwolenia nie dostali, a leśnicy razem z nimi wręcz rzucili się na nią. Adeptka naginaty, swojej rodowej broni widząc, że cztery osoby rzuciły się na nią, to nie miała innego wyboru niż wyciągnąć ku nim broń.

- Hola, spokojnie, ochłońcie, bo wyglądacie, jakbyście zobaczyli ducha. Już stoję. Odparła czarnowłosa posiadaczka psich atrybutów i niekoniecznie chciała dać im się zbliżyć…zbytnio. Jeżeli zatrzymali się przed nią, zamiast rzucać, to uniosła obie ręce do góry zaledwie na parę sekund, aby po chwili je opuścić w oznace złudnej uległości.

- Nie jestem tu pierwszy raz. W zakazanym lesie już byłam, aby zebrać składniki do mikstur. Może nie z tej strony, ale jednak już tu byłam. No i wypraszam sobie to dziecko, mam to uznać za obrazę?

Zapytała, robiąc większe zamieszanie, niż mogła się spodziewać. Chciała tylko zmusić ich do przejścia przez bramę i ruszenia się, a nie do ataku na jej osobę. Jeżeli jednak ktoś postanowił się na nią rzucić, to zdecydowała jasno zaznaczyć swoje granice, uderzając chętnego nieostrą częścią naginaty po kostkach i powiedziała dokładnie to samo. Dlaczego miałaby stosować się do zaleceń dwóch boi dupków, którzy usłyszeli o potworach i nie mają ochoty pomóc koledze.

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Jest siedem osób. Skoro jest nas tylu, a uszy mnie nie myliły, to możemy iść razem, a państwo pokażą to, czego oczekują Ci mili ochotnicy osobiście? Możemy się udać wszyscy razem spacerkiem? Mogę wam pomóc, w zamian za kilka kanapek na dalszą podróż.

Powiedziała chytrze, wskazując na koszyk, który trzymała jedna z goniących ją osób. Zdecydowanie ustanowili pościgowy rekord, bo dogonili pannę de Poitiers w zaledwie kilka sekund!

Mistrz Gry

Nie patrząc na to, że schodzą z posterunku, rzucili się za dziewczyną z psimi atrybutami i natychmiast, bo po ledwie paru krokach, dogonili stosunkowo niską heroskę. Zwolnili tym samym przejście grupie poszukiwawczej, nie żeby jakoś specjalnie zakazywali im wejścia. Wcześniej zwyczajnie nie chcieli, by biedna Elizabeth wydawała ostatnie grosze na poszukiwania — ich zdaniem — męża nieboszczyka. Kiedy już prawie złapali "dziecko", to samo dziewczę wycelowało w nich bronią, przez co zmuszeni byli do zatrzymania. Problem w tym, że zatrzymali się oni nagle, przez co z racji, że zasłaniali amatorskim detektywom widoczność, niekoniecznie możliwe było zatrzymanie się w czas. Jak Dalii jeszcze mogłoby się powieść wywinięcie z tej niezręcznej sytuacji, tak Orfund z całą pewnością padł na leśniczych, przewracając się łącznie w trójkę osób, na szczęście nie nabijając się na kij psowatej. Całe szczęście, że pozostała dwójka nie była na tyle narwana. Chociaż jeśli można powiedzieć, że posiadaczka duchowego wilka wykazała się rozumem, tak sam w sobie Natash wydawał się zupełnie niezainteresowany całą tą "dziecinadą", nawiązując do wołania leśniczych.

Po wydaniu z siebie bolesnego stęknięcia najmniejszy z przewróconych, o ironio znajdujący się przy samej ziemi, wydobył z siebie ~ Stoisz? Świetnie, bo my leżymy. Cieszy mnie, że nie jesteś tu pierwszy raz, ale... czy możecie łaskawie ze mnie zejść?

Po nakrzyczeniu na źródło swojego cierpienia zdecydował się jednak, ze sporym trudem, kontynuować ~ Nie moja wina, że jesteś wzrostu mojego syna. A co do poszukiwań, niech wam będzie, wskażemy wam drogę, o ile będziecie się nas słuchać. Jeden zły krok, a będzie nie po was, tylko po nas.

Tym samym wyraził ostateczną zgodę. W końcu sam chciał zobaczyć przyjaciela, o ile ten przeżył. Po prostu bał się przyjąć tragicznej prawdy.

Dalia

Całe szczęście kobieta, uważając na swój dobrobyt, nie biegła na tyle szybko, aby nie wyhamować, gdy leśniczy się zatrzymali. Dzięki też temu, że czujnie obserwowała sytuację, słysząc ciężkie kroki za sobą, zdołała odwinąć się bok, przepuszczając Orfunda, który znokautował biednych leśniczych. Kobieta odrobinę się zmartwiła o dobrobyt całej trójki, dzięki czemu łatwiej było jej powstrzymać się od pokazania, że była trochę rozbawiona całą sytuacją. Musiała również pamiętać o swoich priorytetach, a jako że wojownik był na tyle miły, aby szybko zadziałać po słowach brunetki, musiała mu okazać odpowiedni szacunek. Całe szczęście dziewczyna o psich atrybutach, niekocich po bliższym przyjrzeniu się zatrzymała na jej prośbę. Wyciągnęła swoją broń, co nie było zaskakujące, jednakże całe szczęście szybko ją opuściła. Dalia poprawiła koszyk na ramieniu i dając czarnowłosej przepraszające spojrzenie, schyliła się z wyciągniętą dłonią do Orfunda.

~ Dziękuję, za tak szybkie wsparcie. Pozwól, że pomogę ci wstać. - uśmiechnęła się w jego stronę promiennie i gdy ten wstawał, kobieta przyjrzała się jego sylwetce w poszukiwaniu jakiś widocznych obrażeń. Nie było widać krwi, więc najwyżej dostał kilka siniaków, zapewne o wiele więcej mieli leśniczy. Do nich też wyciągnęła dłoń, jak już się upewniła, że towarzysz stoi na nogach. Obróciła się do mówiącej, gdy ta wspomniała o kanapkach, Dalia spojrzała na koszyk i się szeroko do dziewczyny uśmiechnęła.

~ Jeżeli się z nami wybierzesz na poszukiwania, to z chęcią oddam nawet cały koszyk. - po tych słowach skierowała wzrok ponownie na leśniczych, którzy zapewne byli już na nogach i gotowi do drogi.

~ Sądzę, że teraz możemy jedynie poprosić, abyście poprowadzili nas do miejsca najczęściej uczęszczanego przez Frederica. Po drodze, czy możecie nam powiedzieć, czy w kilka dni przed zniknięciem zachowywał się on jakoś inaczej? I czy mówił wam może o czymś nietypowym dla niego? - Dalia, rozejrzała się po reszcie zebranych, zachęcając ich do zadania swoich własnych pytań, jeśli takowe mieli. Przystanęła dwa kroki od czarnowłosej i wyciągnęła do niej rękę. - Skoro będziesz nam towarzyszyć, to miło by było mówić sobie po imieniu, a nie “ty czarnowłosa”, jeśli cokolwiek miałoby się zadziać w lesie. Dalia jestem, a ty? - kobieta była z lekka zaskoczona wysokością dziewczyny, aczkolwiek już mogła mniej więcej ocenić, że pomimo wzrostu nie da ona sobie w kaszę dmuchać. Może jeszcze się przydać w poszukiwaniach, jeżeli okaże taką chęć.

Orfund

Słabo oceniłem sytuację. Nie przewidziałem, że to kotowate coś się zatrzyma. Na szczęście, jedyne co mi się stało to parę siniaków. Przyjąłem rękę Dalii i wstałem szybko na nogi, jednocześnie krótkim skinieniem głowy, dziękując jej za pomoc. Zaraz potem pomogłem mężczyznom wstać. Słysząc słowa leśników, delikatnie poklepałem ich po plecach.

- Dobrze będzie Panowie, nic wam nie będzie. Obiecuję, że będę słuchał waszych rad.- powiedziałem i uśmiechnąłem się szeroko, maskując odrobinę zażenowania, które poczułem po upadku, ale na dłuższą metę, nikomu nic się nie stało, więc nie było czego rozpamiętywać. Słysząc słowa Dalii do nowo poznanej osoby, wtrąciłem na szybko:

- Ja jestem Orfund.- Kiedy reszta rozmawiała, zacząłem się rozglądać po okolicy. Najbardziej interesowało mnie otoczenie. Skupiłem się na podejrzanych dźwiękach oraz zapachach. Skoro otoczenie było tak bardzo niebezpieczne, warto byłoby rozeznać się po okolicy. Postanowiłem rozejrzeć się za śladami zwierząt lub innych bestii, które mogły mieć swoje tereny łowne w okolicy. Nie oddalałem się od grupy zanadto, zgodnie z prośbą leśniczych.

Amviel

Widząc, jak Orfund wpada na leśniczych, przewracając ich przy okazji jak kula kręgle, Owca zmartwiła się o stan ludzi, przyspieszając kroku. Wilk zaś bezpardonowo zaśmiał się w głos, wyraźnie całą sytuacją rozbawiony. W końcu stało się coś, dlaczego warto w ogóle było być przywiązanym do Amviel. Przynajmniej w jego mniemaniu.

— Wszyscy są cali? — zapytała, będąc już centymetry od reszty zebranych. Całkowicie zignorowała postać, za którą w ogóle do lasu wbiegli, od razu kierując się do leśniczych, aby pomóc im wstać i otrzepać się po spotkaniu z ziemią. Orfunda również przeskanowała wzrokiem, jednak nie zauważyła większych obrażeń. Chociaż on lądowanie miał miękkie, w przeciwieństwie do reszty zebranych tu mężczyzn.

— Możesz mówić mi Amviel, a to Wilk — spojrzała na ich najwyraźniej nową znajomą i wskazała na chowańca, który wciąż trzymał się blisko niej. — Jeśli nie macie nic przeciwko, to jeśli tylko dostanę informację o kierunku, w którym Frederic mógł pójść, wilk może spatrolować okolicę, żebyśmy wiedzieli, na czym w ogóle stoimy — zaproponowała od razu towarzystwu, obracając się tak, aby widzieć ich wszystkich. W końcu, jeśli las rzeczywiście jest tak niebezpieczny, to raczej lepiej wiedzieć, na czym się stoi i czy bezpiecznym w ogóle jest ruszenie się z miejsca. Ostatnie czego by chciała podczas tego zadania, to krzywda bezbronnych i niewinnych ludzi.

Blair

Raz, dwa, trzy… Łącznie trzech mężczyzn upadło przed nogami posiadaczki psich atrybutów…tylko i wyłącznie przez swój pośpiech. Jakby patrzeć z perspektywy Blair, to liczba osób kładących się przed nią wzrasta drastycznie. Najpierw ledwo żywa heroska, a teraz dwóch postawnych leśniczych i heros. Zabawny, w ocenie panny de Poitiers, widok spowodował, że naturalne instynkty przejęły górę. Dziewczyna wyszczerzyła się i zaczęła radośnie merdać ogonem na boki. Komentarze i jęki leśniczych tylko podbudowały ten komiczny klimat. Już miała sięgać do mężczyzn dłonią, aby chociaż pomóc im wstać do klęku, ale wyprzedziła ją brązowowłosa dama.

- Ale nikomu aż tak nisko kłaniać się nie kazałam, ba nie prosiłam nawet o jakikolwiek pokłon. Wystosowanej przez mnie prośby o odsunięcie się to nie spełnia, wiecie? Leżąc, jesteście nawet bliżej mnie.

Zażartowała po usłyszeniu komentarza, że jest wzrostu czyjegoś syna. Nie zaprzeczyła, bo wiedziała, że do najwyższych osób nie należała, ale towarzyszom średnio do ramienia sięgała. Nie byli tak wielcy, jak Baghatur, któremu mogłaby główką zarąbać w splot słoneczny. Ah, częściowo tęskniła za nim, ale to jej winą było, że nie dał rady przejść przez ciasną alejkę prowadzącą do biblioteki. Panowie w końcu wstali, a pierwszą osobą, która do niej przemówiła, była współwinna wstaniu Herosa.

- Ah tak? W takim razie z chęcią się wybiorę, bo umieram z głodu. Nikt mnie tak mocno nie głodzi, jak podróż. Odparła, uosabiając podróż i od razu wyciągnęła dłoń po kanapkę. W tym momencie brązowowłosa podała jej rękę, więc analogicznie Blair podała jej lewą dłoń i delikatnie wstrząsnęła nią, gdyż prawą zaskarbiła sobie smakołyk z koszyka.

- Blair de Poitiers, ale możecie do mnie mówić jak chcecie, ryzykując tylko tym, że nie zareaguję.

Powiedziała spokojnie do całej reszty i na ten moment zapchała się kanapką, przez co nie była w stanie się odzywać. Zapomniała tylko o trzymaniu broni, która zaczęła lecieć wprost na biednego leśniczego. Czym bowiem mogła ją utrzymać? Siłą woli? Nie miała magii!

Mistrz Gry

Leśniczy, chociaż przygnieceni, na żart dziewczyny o psich atrybutach prychnęli. W końcu, po co w beznadziejnej sytuacji płakać, jak można się śmiać, nie? Na szczęście, z pomocą Dalii, Orfund szybko zdjął swój balast z pozostałej dwójki, którzy czując ulgę, obrócili się na plecy i leżąc koło siebie, zaczęli ciężko oddychać. Na pewno była to niecodzienna sytuacja, dlatego dwójka mężczyzn zdecydowała się przeczekać wymianę zdań i reagować tylko na to, co było skierowane do nich. Zanim jednak dane im było wysłuchać wszystkiego, nietrzymany przez nikogo drzewiec naginaty zaczął spadać na tego najbardziej wygadanego. Jakie szczęście, że wielkolud zdecydował się, by pomóc im wstać, być może zapobiegł też temu zderzeniu kijka z głową leśniczego. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, nie? Tia...

~ Dzięki za pomoc wielkoludzie... Ale skoro już się wszyscy przedstawili, pozwolimy sobie wykonać robotę. Jeżeli serio uważacie, że jest szansa na uratowanie Freddy'ego, nie ma co czekać. Ruszajmy więc, możesz posłać tego swojego zwierzaczka w drugą stronę, bo mamy dwa miejsca do obczajenia.

Odparł mężczyzna po wskazaniu na lewą część rozwidlenia ścieżki, ruszając zgodnie z tą prawą, w międzyczasie, gdy wyższy za prośbą Dalii napomniał o ostatnich poczynaniach zaginionego.

~ Od czego by tu zacząć... Może był trochę bardziej zestresowany, chociaż z drugiej strony... Nie wiem, nic nie mówił. Może był trochę nieobecny, ale zawsze był lekkoduchem. Nie sądzę, żeby jakoś się zmienił w ostatnim czasie.

Tym samym grupa podążała dalej. Ciemny las coraz bardziej odcinał grupę od dopływu światła słonecznego, ale w pewnym momencie herosi mogli dostrzec, jak przez koronę drzew przebijała się jasna smuga, rozjaśniająca dość dramatyczny obraz. Błyszcząca w promieniach rosa ozdabiała delikatne, jasnozielone listki pozornie zwykłego krzewu. Pozornie, gdyż im niżej się patrzyło, tym prędzej można było zorientować się w charakterze roślinki.

Dalia

Nic nikomu się nie stało, chociaż było blisko. Gdy Dalia witała się z nowo zapoznaną heroską, jej naginata poleciała prosto w stronę leśniczych. Całe szczęście Orfund szybko ich podniósł i uniknęli nieprzyjemnego incydentu. Kanapka wyraźnie była o wiele smaczniejsza, a powitanie z brunetką o wiele ważniejsze niż bezpieczeństwo otoczenia. Dalia nie mogła dziewczyny winić za jej roztrzepanie, w końcu ten niech podniesie pierwszy rękę, który nie był temu winny. Na słowa Amviel skinęła głową, a śmiech wilka pominęła mimo uszu. Sytuacja była zabawna, co tu poradzić. Przynajmniej poznali imię nieznajomej, a ta była chętna do pomocy w zleceniu.

Dalia wysłuchała spokojnie leśnika i skinęła głową, rozsądnym było przeanalizować dwa prawdopodobne miejsca. Całe szczęście nie było ich więcej. Zwróciła się więc do Amviel.

~ Sądzę, że to dobry pomysł, aby dać wilkowi się wykazać i zobaczyć co jest w drugim prawdopodobnym kierunku zniknięcia. - skinęła też głową do wilka, dając znać, że jest przez nią adresowany również jako rozmówca.

Szli dalej, jeden z kumpli Frederica był na tyle miły, aby odpowiedzieć na pytanie kobiety. Wysłuchała go uważnie, notując w głowie, że był bardziej zestresowany niż zazwyczaj. Mogło to po części świadczyć, że wiedział coś, czym nie mógł się podzielić albo też nie chciał z jakichś powodów.

Gdy tak szli, ich oczom ukazał się nieprzyjemny widok. Z początku brunetka nawet nie rozumiała, co widzi, myśląc, że to tylko okoliczna flora. Szybko jednak zrozumiała, że to coś więcej, gdy ujrzała kawałek tkanki szarpany w kłach lisa. Brunetka zrobiła kilka kroków do tyłu, kryjąc się z lekka za Orfundem. Jak ten się zbliżył do ciała, ta zaczęła mu się z dystansu przyglądać. O dziwo nie zrobiło jej się niedobrze, nawet niewiele poczuła jedynie ciekawość. Jakby była zaintrygowana samym procesem śmierci.

Brunetka szukała znaków ugryzienia, skąd kobieta mogła dostać zarodniki, a także czy biedaczka długo żyła w tym stanie, czy szybko umarła, a kwiaty wzrosły na jej truchle. Patrzyła też dookoła czy stwór, który to jej zrobił był tutaj niedawno, aby doglądać swej ludzkiej gleby.

~ Co za stworzenie mogło zrobić coś tak okropnego? - zapytanie skierowała do leśnicznych, użyła słownictwa, które uznała, że nada się do sytuacji. Aczkolwiek sama była zafascynowana tym zjawiskiem. Musiała się starać, aby utrzymać zmartwiony wyraz twarzy i nie dać znać o swoim zaintrygowaniu.

Orfund

Witamy w magicznym świecie, w którym nie tylko wchodzenie do lasu grozi rychłą śmiercią, ale, tym bardziej że zabije cię krzak. Pierwsza zguba ze wsi znalazła się, niestety nic już nie mogliśmy dla niej zrobić. Zbliżyłem się do ciała, czując, że sama Dalia nie jest zbyt chętna, by iść pierwsza. Podchodząc do zwłok, wyciągnąłem miecz. Zamiast skupiać się bezpośrednio na zwłokach, skupiłem się na ich otoczeniu. Czy pnącza, które wystawały z jej trupa, kierowały się w którymś kierunku? Może otoczenie kobiety w jakiś sposób zdradzało, co tutaj właściwie zaszło? Sprawdzałem okolice dokładnie w poszukiwaniu śladów, przede wszystkim atakującego potwora, ale także zaginionego leśnika. Byłem ostrożny, czułem adrenalinę, która rosła na myśl o potencjalnym spotkaniu z wrogiem. Starałem się jednak nie oddalać znacznie od grupy, pamiętając o prośbie leśników. Dalia zadała już pytanie o typ stwora, więc dodałem tylko od siebie:

~ Czym jest i jak walczy? Skoro to roślina to może jest czuła na ogień lub coś w tym stylu?

Cała ta sytuacja potwierdziła, to co czułem odkąd tutaj trafiłem. Ten świat definitywnie potrzebował pomocy. Przestało mnie dziwić jak wielu herosów zostało tutaj przyzwanych.

Amviel

Owca doszła z całym zbiorowiskiem do miejsca, w którym odnaleźli kobietę, ale nie skupiła się za bardzo na niej. Zgodnie ze słowami leśniczego oraz Dalii postanowiła wykorzystać możliwość połączenia się z wilkiem w celu rozejrzenia się po okolicy.

— Gdyby tylko ktoś mógł przypilnować moje ciało — poprosiła, jednak na tyle cicho, że jedynie czujne ucho mogło to wyłapać. Wszyscy byli raczej zajęci ciałem sąsiadki, nie chciała niepotrzebnie odwracać ich uwagi. Bo co najgorszego mogło się stać? Coś by ją zaatakowało? Cóż… to możliwe.

Nie chciała jednak zadręczać tym swojej głowy. Chcąc jak najszybciej wykonać swoje zadanie, wzięła głęboki wdech i płynnym ruchem dłoni zmaterializowała na swojej twarzy maskę, tym samym tracąc kontrolę nad własnym ciałem. Będąc już wilkiem, rozejrzała się, tylko aby upewnić się, że w tym momencie nic jej nie grozi i ruszyła przez las, w stronę wcześniej wskazaną przez znajomego Frederica. Korzystając z możliwości ciała wilka, przedzierała się przez krzaki w dosyć szybkim tempie, przypominającym raczej bieg, niżeli chód. Dlatego też stosunkowo szybko właścicielka mogła zauważyć oczyma swojego chowańca szokującą scenę i dwie istoty, w dodatku wcale nie tak daleko od grupy. Przeczucie podpowiadało jej, że nadal mogła oddalić się kawałek od grupy i nie ponieść przykrych konsekwencji oddalenia się za daleko od ciała. Nie chciała ryzykować życiem znajomej postaci, którą tam ujrzała, dlatego też upewniając się, że zapamiętała w miarę jak najwięcej szczegółów, ruszyła z powrotem do punktu wyjściowego, gdzie rozłączyła się z wilkiem.

— Myślę, że powinniśmy udać się w to drugie miejsce jak najszybciej! — wykrzyczała, jak najgłośniej umiała, sekundy po tym, jak odzyskała panowanie nad ciałem. Upewniwszy się tylko, że każdy zwrócił na nią uwagę, kontynuowała:

— Natash został zaatakowany przez istotę, która przypomina człowieka. Prawdopodobnie kobietę bądź mężczyznę, który lubi chodzić w sukniach. Cóż, nie oceniam — ostatnie zdanie dodała z rozpędu, chociaż mogło dobrze wybrzmieć, bo zaraz po wypowiedzeniu go musiała wziąć oddech. — Istota miała maskę, nie wiem więc, kto to może dokładnie być. I nie, to nie może być Elizabeth, nie miała uszu. I, uh. Nie wiem, sięgała mu chyba dotąd — pokazała na przykładzie swojej sylwetki, jaka różnica była między ich kolegą, który odłączył się od grupy, a atakującym stworem. Miała nadzieje, że to im pomoże i zmusi do szybkiego ruszenia się na miejsce. Nie chciała ryzykować życiem innego herosa, nawet jeśli nieodpowiedzialnie odłączył się od grupy, czego nie popierała.

Blair

Ciało kobiety z paroma roślinkami nie było świeże, patrząc po tym, jak natura zdążyła je zbezcześcić. Szkoda kobiety, która padła ofiarą...czegokolwiek tylko ofiarą paść mogła. Nie obchodziło to Blair, bo nie tego szukali. Wpatrywanie się w to coś obrzydzało posiadaczkę psich atrybutów na tyle, że postanowiła iść szukać dalej.

- Szukamy mężczyzny, prawda? To mi na mężczyznę nie wygląda, niech tutejsi ją pochowają, to nie wasza, ani moja robota. Powiedziała panna de Poitiers, mając zamiar skupić się na zadaniu i nie doszukiwać się poszlak w nieszczęśliwie zabitej. Owszem, młodej panienki było szkoda, ale jej życie przeminęło i nie wróci! Wrócą to oni co najwyżej z trupem, jak nie znajdą młodego bajeranta na czas!

- Jeżeli tego całego pana zabiło to samo, co zabiło ją, to ja bym się do trupa nie zbliżała. Może to być tylko przynęta na zdolnych, silnych herosów, którzy podczas swojej nieuwagi przypadkiem zostaną rozszarpani przez jakąś bestię lub uroczą, spętaną roślinkę. Wyraziła dobitnie swoje zdanie i ruszyła w głąb lasu, od razu, gdy zauważyła, że towarzyszka, u której boku stała zgodnie z wytoczoną prośbą, krzyczy coś o ataku na kompana.

- Pewnie jaką damę obraził...ignorant... i mu się dostało. Szukajmy... Przerwała, zastanawiając się, czy jest warto zadzierać z nowo poznanymi i ryzykować, że najpewniej kobiecie dostanie się od nieposłusznego demona.

- Do diabłów... Tylko niepotrzebnie przedłuża, a na mnie rodzina czeka. Westchnęła i ruszyła w stronę zaginionego kompana, a aby dać nauczkę spóźnialskiemu i urozmaicić zabawę, natarła ostrze naginaty jedyną posiadaną miksturą rozproszenia.

Mistrz Gry

Cóż, sprawdzenie ran niezbyt się sprawdziło, gdyż nikt, nawet leśnicy, nie miał pojęcia, co mogło wyrządzić taką krzywdę młodej dziewczynie. Po dogłębnym obejrzeniu zarówno trupa, jak i krzaka, niższy leśniczy odpowiedział na nurtujące herosów pytania.

~ Jeśli chodzi o te rany, przypuszczałbym, że jakiś przerośnięty niedźwiedź... chociaż jak tak sobie myślę, są niezbyt niechlujne, wręcz przeciwnie. Do tego te plamy... nie widziałem jeszcze czegoś takiego, ale mam bardzo złe przeczucia. A co do rośliny... nie mieliście okazji zajrzeć do żadnych zielników, nie?

Westchnął i lekko ignorując dalszą potrzebę tłumaczenia, zaczął zbierać z niej te najbardziej zielone liście, których było całkiem sporo. Najprawdopodobniej roślina nie miała zbyt wiele czasu, by się zestarzeć. Na szczęście z wyjaśnieniami przyszedł bardziej rozmowny leśniczy.

~ Nie radziłbym jej podpalać. W tych stronach nazywamy ją wampirzym ziołem, chociaż ma też swoją bardziej... naukową nazwę, ale nikt jej nie pamięta. Liście są cenne, można z nich zrobić całkiem niezłą przyprawę. Znachorzy również ją...

Mężczyzna kontynuowałby swoją wypowiedź, jednak wypowiedź mu przerwała Amviel, która pozyskała całkiem interesujące informacje. Natash przestał podążać za grupą już jakiś czas temu, czego grupa nie zauważyła, najwyraźniej ignorując jego nieobecność. Opis agresywnej istoty w sukni na pewno nie należał do leśnej fauny, przynajmniej nie do tej znanej, a reakcja Blair... cóż, nie było co czekać.

~ Skaranie boskie z tymi herosami, czy wy naprawdę nie możecie wytrzymać jednej chwili bez rozdzielania się? ~ zapytał zdenerwowany leśniczy po schowaniu wszystkich zebranych liści do skórzanego woreczka, wykonanego najpewniej właśnie w celu takiego zbieractwa. Następnie ruszył za Blair, ciągnąc za sobą towarzysza, licząc na to, że reszta pomyśli i dołączy się do nich.

Na miejscu Blair, która pobiegła w stronę Natash'a, mogła go już zobaczyć w stanie krytycznym. Pomyśleć, że nie minęła jedna chwila, a jednostronna walka dochodziła do końca. Nieprzytomny heros, cały we krwi i ranach spoczywał oparty o jedno z drzew. Na całe szczęście, bystre oko mogło zauważyć ruch w okolicy klatki piersiowej, co za tym idzie, jeszcze dychał. Problem jednak tkwił w złowrogiej istocie, która stała nad niedobitkiem. Spowita szarawą mgłą, która nabierała czerwieni od ilości krwi wylanej przez nią niedawno, unosiła się parę centymetrów nad ziemią. Suknia nie była jedynym zakrwawionym elementem jej ubioru, kwiaty zdobiące jej głowę, z początku białe, nabierały szkarłatnej barwy z każdą sekundą. Można by było uznać ją za istotę ludzką, gdyby nie jeden drobny szczegół. Włosy opadające na przykrytą maską twarz, im bliżej ziemi, tym bardziej były ze sobą splecione, by na wysokości pasa przeistoczyć się w dwie, zakrwawione kosy. Bystre oko Blair, o ile zwróciła uwagę na otoczenie, mogło zobaczyć w krzaku niedaleko Natash'a jeszcze jedną rzecz — wystający spod zwyczajnego gąszczu but, łudząco podobny do tych przywdzianych przez dwójkę tubylców, która ruszyła z nimi do lasu.

Dalia

Na słowa Amviel, Dalia przesunęła się bliżej jej ciała, aby mieć ją w zasięgu wzroku. Dzięki czemu była odpowiednio blisko ciała, aby widzieć szczegóły, ale też wystarczająco daleko, aby nic jej nie zaatakowało. Na chwilę jedynie jej wzrok powędrował za wilkiem, który zniknął między drzewami. W myślach mogła jedynie życzyć owocnych łowów.

Całe szczęście nie tylko Dalia chciała informacji, dodatkowe pytania od Orfunda sprawiły, że kobieta poczuła się odrobinę lżej. Przynajmniej nie wyjdzie na dziwoląga, jednak zaczęła mieć wątpliwości, gdy odezwała się Blair. Brunetka lekko się zarumieniła z zażenowania. Dalej jednak wzmocniła się jej ciekawość, gdy dostała informację o niewiadomym pochodzeniu ran, a także roślince znajdującej się na ciele. Poklepała Orfunda po ramieniu.

~ Będziesz zerkał na Amviel? Pomogę w zbieraniu liści. - po powiedzeniu tego, zbliżyła się do leśniczego kucającego przy ciele i przyjrzała się zbieranym przez niego okazom. W tym czasie odpowiedziała też Blair. - Może i jest to przynęta, ale lis nie miał problemu być blisko ciała. Zwierzęta raczej wyczuwają zagrożenie. Może też faktycznie ktoś, a nie coś go zabiło. Nie znamy człowieka. - Po chwili obserwowania, na jakich cechach liści się skupiać, spróbowała sama zebrać. W tym przy okazji słuchając wywodu mężczyzny, mogła zdobyć wiedzę o roślinie. Były to przydatne informacje, całe nieszczęście ich przepływ w najbardziej intrygującym momencie został przerwany przez nagłe powstanie owieczki. Dalia zerwała się na równe nogi i schowała zioła, jeśli udało się jej cokolwiek zerwać, pieczołowicie umieściła listki w małej kieszonce biodrowej.

~ Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął, chodźmy. Może to nasz morderca. - to mówiąc, Dalia chwilę poczekała, aż wyprzedził ją Orfund i pobiegła za nim. Gdy ujrzała istotę prawie ludzką, trochę zwolniła kroku, szybko jednak się otrząsnęła, widząc niecodzienne charakterystyki istoty. Zbliżyła się na odległość dwunastu metrów, pilnując się, aby nie być w pierwszej linii rażenia. W tym czasie wzrok brunetki spoczął na Natashu, jeżeli szybko czegoś nie zrobią, on zapewnie zginie. Dalia upewniła się, że nikt nie stoi wystarczająco blisko, aby zrobiła mu krzywdę. W prawej dłoni kobiety pojawiła się jedna z jej kart, wilki podreptywały na niej niespokojnie ukazując ostre kły. 6 ciernistych pnączy rozsadziło ziemię przed stopami Dalii. Kobieta za pomocą swoich dłoni przekierowała dwa pnącza na klatkę piersiową istoty, dwa kolejne o kilka sekund później w głowę, a dwa pozostałe skierowała w stronę talii istoty i ścisnęła ją na tyle, na ile pozwalała siła roślin. Próbowała ją w ten sposób zatrzymać przynajmniej na chwilę, aby reszta drużyny mogła zadziałać.

Orfund

Skinąłem głową i zgodnie z prośbą Dalii pilnowałem Amviel, kiedy zajmowała się zwiadem. W międzyczasie słuchałem dyskusji między kobietami. Zgadzałem się z Blair, w tym, że nie było czasu na grzebanie nieszczęsnej kobiety. Mężczyzna, którego szukamy, mógł być jeszcze cały i zdrowy, a ja coraz bardziej niecierpliwiłem się, czekając na powrót zwiadowczyni. Na szczęście, długo nie musiałem czekać i nie byłem zaskoczony, że wróciła ze złymi wieściami. W odpowiedzi na jej słowa, bez zastanowienia rzuciłem się w kierunku, który wskazała. Dalia także długo się nie zastanawiała, ale byłem od niej szybszy więc po chwili wyminąłem ją na ścieżce do celu. Broń miałem już wyciągniętą więc zarzuciłem sobie miecz na plecy, aby się o niego nie potknąć. Zatrzymałem się widząc leżącego Natasha, rozejrzałem się po okolicy i podjąłem decyzję w ułamku sekundy. Widziałem, że Dalia użyła jakiegoś ofensywnego zaklęcia, po tym, jak sięgnęło celu, w trakcie biegu przywołałem zbroję czarnego smoka i impetem wbiłem się barkiem w atakującego, tak aby go odepchnąć, ale samemu się nie wywrócić. Stanąłem między bestią a leżącym herosem. Może i był problemem, ale to dalej żyjąca osoba. Ustawiłem się w pozycji gotowości bojowej. Przez jakiś czas byłem bezpieczny dzięki zbroi, więc stałem na tyle blisko, żeby zajmować pole widzenia stworzenia.

-No dawaj! Pokaż, na co cię stać szkarado!- krzyknąłem i uśmiechnąłem się. Adrenalina zaczęła już działać.

Amviel

Widocznie jej opis tego, co mogła zauważyć oczami wilka, zadziałał na tyle, aby każdy skierował się w stronę Natasha. Ruszyła za nimi, trzymając się jednak raczej na tyłach całej grupy — w końcu walczyła bronią dystansową, na nic zdałaby się, będąc na froncie. Wręcz przeciwnie, pewnie jako pierwsza musiałby wycofać się z ewentualnej walki.

Będąc na miejscu, już własnymi oczami widząc tajemniczą istotę, jej twarz wyraźnie pobladła. Przeoczyła detal w postaci jej włosów albo może, dopiero kiedy wróciła do swojego ciała, przybrały taką formę. Do tego nieprzytomny Natash, przecież nie minęło wcale tak dużo czasu. Strach myśleć co może stać się zwykłemu człowiekowi w takiej walce. Mimo wszystko Owieczka szybko „otrzeźwiała”, biorąc w dłonie łuk i komunikując się z wilkiem szybkim spojrzeniem. Stanęła w okolicy Dalii, a chwilę później, powolnym i dokładnym ruchem dłoni nałożyła na swoją broń magiczną strzałę, którą posłała w kierunku przeciwnika. W przypadku trafienia wilk powinien polecieć w jej stronę i zająć się zadawaniem obrażeń, dlatego ona bez większego upewniania się o powodzeniu zaczęła rozglądać się po okolicy, w poszukiwaniu jakiejkolwiek poszlaki, która mogłaby naprowadzić ich na trop Frederica. I też stosunkowo szybko takową znalazła. Był tylko jeden problem — jej bliskość w stosunku do tego dziwnego stwora.

— Buty! — powiedziała głośno, ostrożnie kierując się w stronę wystającej z krzaków części garderoby. W duchu tylko prosiła, aby nie znaleźć tam przy okazji zaginionego mężczyzny, którego szukali. Przynajmniej nie martwego. Cały czas też obserwowała tę dziwną istotę, aby w każdej chwili móc uniknąć ataku lub po prostu się zatrzymać, jeśli zrobi się za bardzo niebezpiecznie.

Blair

Potwór! Czy tego nie było za dużo? Dla Blair może odrobinę. Dziewczyna pierwszy raz na swoje oczy spostrzegła groźną anomalię. Do tej pory nie miała tak naprawdę potrzeby walczyć. Poświęcała czas tylko na swój własny trening, w dodatku nieprofesjonalny i polegający na przypominaniu sobie i wymyślaniu jak z naginaty korzystać powinna. Świadomość, że inni walczą, nie pozwoliła jej jednak pozostać bierną. Zadeklarowała pomoc każdemu ze współtowarzyszy i nawet zrobiła to, bo miała z tego korzyść finansową. Porzucenie ich nie wchodziło w grę. Postanowiła znaleźć w miarę dużej wielkości liść i upewnić się, że ewentualne obrażenia, które odniesie, nie będą dla niej dotkliwe. Jednak nim odbiegła by go szukać, coś trzeba było zrobić ze zbędnym balastem. Ah, gdyby tylko stać ją było na pokrowiec, który trzymałby broń na jej plecach. Obok siebie miała dwie kobiety. Dalię i Amviel, z czego ta druga już celowała łukiem, więc przeszkadzanie jej byłoby głupsze niż przeszkadzanie brązowowłosej. Broń panny de Poitiers nie była najwygodniejsza do targania w pogoni za stworzonym na poczekaniu kielichem, a czarodziejka, przynajmniej tak Blair się wydawało, i tak powinna stać w miejscu i wywoływać słowami zaklęcia. Wrzuciła więc do jej dłoni swoją naginatę, posyłając w jej stronę zapytanie.

- Potrzymasz chwilkę?

Zapytała, dokonując tego jeszcze przed jakimkolwiek pozwoleniem, po czym popędziła w stronę krzaka, próbując zawinąć listek i wlać do niego miksturę, której następnie napiła się, jeżeli tylko liść udało jej się zwinąć.

Mistrz Gry

Cóż, zaraz za Blair docierały na miejsce kolejne osoby, prędzej lub nie. Ferajna czterech herosów zebrała się, by wspólnie ujrzeć zakrwawionego mężczyznę... tylko gdzie do diaska podziali się leśniczy? Zresztą nie było czasu, by się nad tym zastanawiać. Trzeba było podjąć się tego, co nakazywał honor... i zlecenie. W przeciwieństwie do pozostałych Blair nie rzuciła się do walki. Przekazała swoją broń pani przeznaczenia, która to mogła poczuć, jak przez użyte wcześniej na naginacie zaklęcie zaczyna wyżerać jej rękawiczki. Szkoda, były całkiem stylowe. Skupiwszy się jednak na walce, Dalii udało się coś zdziałać. To znaczy, dała czas Orfundowi, by ten dobiegł do swojego celu, stając murem między zakrwawionym herosem a agresorem. Istota jednak nie wydawała się przejmować skrępowaniem, co więcej, stała jakby w bezruchu, co dawało Amviel pole do popisu... Strzał w dziesiątkę, można by rzec, gdyż istota trafiona została kilka centymetrów pod obojczykiem, o ile można by przyjąć, że budową przypomina człowieka. Wilk miał pole do popisu, oponent nie przejmował się jednak atakami, wpatrując się ślepo w zasłoniętego przez "smoka" Natash'a.

Mała wyprawa Blair zakończyła się sukcesem, ponieważ w lesie nietrudno było znaleźć liście, a po znalezieniu odpowiedniego w kieliszek mogła poczuć, jak jej mikstura powoli na nią wpływa. Co do innych zwiadów, intuicja Amviel podpowiedziała jej dość dobrze. Zasłona Orfunda pozwoliła jej przemknąć do znaleziska, jednak niestety jej najgorsze obawy zostały spełnione. Mężczyzna, do którego należały buty, leżał bez tchu, a jego ciało pokrywały te same plamy, jakie można było zauważyć na ciele poprzedniego trupa. Obumarłe komórki można było spostrzec na jego szyi, klatce piersiowej, oraz kończynach. To nie był jednak koniec niespodzianek dla owieczki, która obok ciała ujrzała żywych, chociaż nieprzytomnych... leśniczych? I to dokładnie tę dwójkę, która jeszcze chwilę temu im towarzyszyła... No i była też ona.

Znana wszystkim obecnym na polu bitwy, poza Blair, która i tak na razie delektowała się swoją miksturą. Elizabeth klęczała na ziemi przy ciele martwego, wylewając w swoje dłonie kolejne łzy. Jeżeli instynkty Amviel zadziałały, powinna natychmiast odsunąć się z tamtych krzaków. Wcześniej spętana istota rozpłynęła się na milion płatków róż, powodując, że zarówno pnącza, jak i garda Orfunda okazały się w pewnym sensie bezużyteczne, strzała za to utraciła punkt zaczepienia, upadła więc i wbiła się w podłoże. Zaraz po tym zamaskowana postać wyłoniła się z ziemi tuż pod wdową, by następnie ująć jej nadgarstki delikatnie i wypowiedzieć wywołującym gęsią skórkę, opiekuńcze słowa.

~ ₦łɆ ₱ł₳₵Ⱬ ĐⱤØ₲łɆ ĐⱫłɆ₵łę. ₩łɆ₴Ⱬ ĐØ₴₭Ø₦₳ⱠɆ, żɆ ₴Ø฿łɆ ₦₳ ₮Ø Ⱬ₳₴łɄżɎł. ₩₴₮₳₩₳J, ₥Ʉ₴ł₴Ⱬ Ⱬ₳Đ฿₳ć Ø ₮Ø, ฿Ɏ ₦ł₭₮, ₦ł₲ĐɎ, ₴łę Ø ₮Ɏ₥ ₦łɆ ĐØ₩łɆĐⱫł₳ł.

Amviel

Nie spodziewała się wiele, oddychający Frederic wystarczyłby jej do szczęścia, jednak los (i pewnie potwór stojący kawałek od niej) chciał, że jedyne co tam ujrzała to martwe ciało, pokryte plamami. Już chciała dać wszystkim znać, że ich wysiłki poszły na marne, gdy zorientowała się, że nie leżał tam jeden, a trzech leśniczych. W dodatku znalazła tam też Elizabeth! Co ta kobieta, która zleciła im tę wyprawę, w ogóle tu robiła?

— Pani Elizabeth, proszę stąd u- Oh! — niedane było Owcy dokończyć, gdyż musiała odskoczyć, aby nie zostać prawdopodobnie następną leżącą w tych krzakach jednostką. Wycofała się na tyle, aby stanąć przy Orfundzie i w ciszy wskazała na krzaki, jednocześnie wsłuchując się w słowa zamaskowanej istoty, które przyprawiły ją o gęsią skórkę. Nie bardzo miała pojęcie co zrobić, pomoc wdowie w ucieczce była niemożliwa, zresztą wyglądało na to, że ona i ta zjawa znały się. Amviel przełknęła z trudem ślinę, powoli się cofając. Potrzebowała wygodniejszej pozycji, jeśli nadal chcieli walczyć. A musieli, przecież jeśli tego nie zrobią, zaraz cała wioska skończy jak sąsiadka i Frederic.

Chyba wpakowali się w mniej przyjemne zadanie, niż mogłoby się początkowo wydawać.

Blair

Blair nie przejmowała się tym, że Dalii pali się jeden... a nie, jednak dwa elementy garderoby, bo tak właściwie to nawet tego nie zauważyła. "Biedna, teraz ubrudzi sobie dłonie." – pomyślała, gdy odbierała z rąk brązowowłosej swoją Nigatę, która dała tejże na potrzymanie i przypilnowanie. Psowata wyruszyła w stronę krzewów, w których znajdowała się Amviel, rzecz jasna zaraz po napiciu się trunku. Nie znała kobiety, więc nie czuła wobec niej empatii.

– Odsuń się. Nikomu nie należy się śmierć, chyba że mordercy niewinnego człowieka.

Powiedziała Blair i uniosła naginatę do góry, aby po chwili z impetem uderzyć tępą częścią ostrza, brązowowłosą w ciemiączko. Jeżeli udało jej się obrócić w dłoniach bronią, to drugą częścią, a zatem tą ostrą, próbowała od tej samej strony przeciąć element ciała dziwacznej istoty. Celowała w okolice szyi i nie odsunęła się nawet o krok. Nie miała doświadczenia w boju i walce. Używała przemocy po raz pierwszy, od kiedy znalazła się na tym świecie.

Orfund

Widząc rozwój wydarzeń, zareagowałem jak najszybciej się dało. Po tym, jak Blair ogłuszyła Panią Elizę, złapałem kobietę, za kołnierz, siłą wyrwałem z objęć potwora, nie zważając na potencjalne rany jej dłoni i bezceremonialnie odrzuciłem na bok, tylko po to, aby nikomu nie zawadzała i była względnie bezpieczna. Ustawiłem się, pod odpowiednim kątem, tak aby nie zahaczyć członków drużyny, przywołałem na swój miecz wodną falę i wypuściłem celując w potwora tak aby ciśnienie obcięło jej głowę i jednocześnie, potem uderzyło w ziemię powodując rozprysk na potwora. Pokryty wodą był wrażliwy na zamrożenie, więc zacząłem ziać swoim lodowym oddechem. Stopniowo zamrażałem bestię, aby nie mogła znowu zmienić się w kwiaty. Miałem przynajmniej nadzieję, że tak to działa. Poruszając się wokoło potwora, pilnowałem, aby żadna z towarzyszących mi osób nie znalazła się w polu rażenia.

Dalia

Całe szczęście kobiecie udało się złapać potwora, jednakże to się długo nie utrzymało. W międzyczasie Dalia zaskoczona dostała w dłonie broń Blair i po chwili usłyszała lekkie syczenie. Widząc jak rękawiczki się jej palą, spróbowała trzymać nagitane jak najbardziej w palcach, aby spowolnić proces. Kobieta ugięła też ramiona w dół, aby rękawy sukni nie sięgały broni. Bała się bowie,m co ta substancja może narobić jej biednym ubraniom. Nie musiała jednak długo jej trzymać, nie widział dokładnie, co panienka Portiers robiła na uboczu, ale nie miało to większego znaczenia. Dalia, gdy tylko miała wolne dłonie, zrzuciła z nich znikające rękawiczki i się odsunęła na dwa kroki od nich. Dzięki czemu też zyskała widok na to, gdzie zniknęło straszydło. Nie chciała jednak ujrzeć tego, co się tam wydarzyło. Zanim zdołała cokolwiek wykonać, sojusznicy ją wyprzedzili. Kobieta pobiegła w stronę, w którą została rzucona Elizabeth, starając się ją złapać i zamortyzować upadek jej własnym ciałem. W tym też czasie utworzyła z pnączy kokon wokół siebie i poszkodowanej. Osłaniając chociaż przez chwilę, siebie i Eli. Dalia po tym zaczęła się przyglądać biednej kobiecie. Zaczęła ją gładzić po ramionach, spokojnie starając się ukoić kobietę. ~ **Czy możesz mi powiedzieć co to za istota i dlaczego uważa, że twój mąż zasłużył na ten los? - brunetka starała się utrzymać spokojny, kojący, ale stanowczy ton głosu. Potrzebowała się dowiedzieć, czego mogła, zanim stworzenie ponownie spróbuję coś z Elizabeth.

Mistrz Gry

Cóż, jeśli chodzi o świadomość otoczenia tejże istoty, Amviel nie musiała się zbytnio przejmować. Nie ważne, czy owieczka odskoczyła, czy zostałaby na miejscu, zamaskowana postać w sukni jak do tej pory skupiała się wyłącznie na zrozpaczonej wdowie. Dużo gorsze wrażenie o sobie pozostawiła Blair, która, chociaż miała dobre intencje, gdyż nie miała zamiaru skrzywdzić gospodyni, w oczach wroga stanowiła zagrożenie. Wymach tępą stroną ostrza w ciemiączko, można by się kłócić, że nie miało szans nie trafić. W końcu kobieta siedziała na ziemi i płakała, ukrywając twarz w dłoniach, nie było szans na to, by uniknęła ciosu. Z otworu na oczy ubranej w suknię wydobyło się jednak czerwone światło, a heroska o psich atrybutach zauważyć mogła, że skupiona na wdowie, teraz poświęcała całą swoją uwagę władającej naginatą. W momencie, gdy broń miała dosięgnąć dziewczyny, dziewczyna mogła poczuć opór, natrafiwszy na półprzezroczyste, zabarwione na ciemny fiolet pole siłowe. Dobrze, że dziewczyna miała w planach dalszy atak, gdyż w innym wypadku istota wyprowadziłaby natychmiastowy kontratak. Chybiła jednak, nie trafiwszy w szyję, odcinając za to jedną z kos zakotwiczoną w kosmykach włosów stwora. Doprawdy udana akcja, można by uznać.

Inaczej było z Orfundem, który w tym samym czasie, gdy istota utraciła chwilowo panowanie nad bronią, zdecydował się odciągnąć Elizabeth z pola walki. Cóż, pole chroniące ją dalej działało, więc spotkał się z nieprzyjemnym uczuciem, jakby w momencie kontaktu z tarczą dotknął on zmarzniętego metalu. Wymierzony przez niego atak nie spotkał się jednak z celem, gdyż poczuwszy zagrożenie, zamaskowana postać zablokowała wodny atak tym samym rodzajem magii, który, chociaż już tego nie robił, chronił wcześniej uszatą kobietę. Woda osadziła się na powłoce, zastygając na kość po wykonaniu ryku przez Orfunda, ryk nie dobiegł jednak istoty chronionej ze wszystkich stron. Co do Dalii, jeśli ta dalej mówiła do Elizabeth mimo tego, że nie została rzucona w jej stronę... nie doczekała się odpowiedzi, przynajmniej nie od razu.

Po chwili jednak sama w sobie agresywna istota rozpłynęła się jak wcześniej, z tym że teraz efektem nie były płatki róż, a fioletowy pył. Kobieta za to wstała z kolan, zaczynając wydawać odgłosy. Z początku herosi usłyszeć mogli łkanie, po chwili to jednak przeradzało się stopniowo w coraz głośniejszy i bardziej szaleńczy śmiech. Jej oczy jednak nadal były przesłonięte łzami, co nie przeszkadzało jej w tym, by w końcu się wypowiedzieć.

~ Zasłużył? Tak... Masz rację. Ale to wszystko jej wina. Mogła się tu nie pojawiać...~ odparła, jakby jeszcze zwracała się do zdematerializowanej już istoty, by następnie odwrócić się w stronę grupy poszukiwawczej ~ Najpierw on, a teraz jeszcze wy, tak? Fajnie tak, nie? Bawić się uczuciami zwykłej gospodyni, oskarżać, atakować, może jeszcze rzućcie mną tak, żeby przybić gwóźdź do trumny!?

Spojrzała się na czwórkę, która jeszcze stała na nogach, by otrzeć łzy. ~ Ale to nic. Nie jesteście pierwsi, z pewnością nie ostatni, którzy myślą, że to fajnie tak. Bo co, chciałam prowadzić normalne życie, czy to znaczy, że jestem gorsza? Wszyscy jesteście tacy sami, bez wyjątku!

Dalia

Sytuacja coraz bardziej wyglądała niepokojąco. Dodatkowo pnącza ponownie wróciły do ziemi, a karta z dłoni pani przeznaczenia rozpłynęła się. Dalia mocno przełknęła ślinę, widząc rozwój sytuacji. Dochodziła powoli do realizacji, że dziwna istota była w jakiś sposób połączona z Elizabeth. Nie sądziła, też, że ktokolwiek chciałby samą kobietę skrzywdzić, bez wyraźnego powodu. Płatki i fioletowy pył na pewno były niepokojące, nie wiadomo bowiem było, co się stanie i co Elizabeth, która po jej słowach nie była najstabilniejsza, w tym momencie zrobi. Dalia rzuciła spojrzenie i gdy upewniła się, że przynajmniej część z nim patrzy na nią. Wskazała palcem na siebie, po czym przerzuciła kierunek na Elizabeth i na swoje usta cicho nimi poruszając. Po czym dwoma palcami wskazała ich i wskazała uszatą brunetkę. Miała teraz jedynie nadzieję, że jej znaki będą zrozumiałe.

Odpięła miecz od pasa i powoli położyła go na runie leśnym, wyciągnęła ramiona na boki w otwartej pozycji i zaczęła powoli krok za krokiem stawiać w stronę Elizabeth. Postawę miała rozluźnioną, a wyraz twarzy zmartwiony. Starała się jednak całościowo kłaść stopy na podłodze, aby w razie czego móc zrobić jakikolwiek nawet najmniejszy unik.

~ Tak, to wszystko jej wina. Mogła sobie żyć tam, gdzie była i nie zakłócać waszego życia. Dobrze jej tak prawda? Gryzie teraz ziemię i nie będzie już nigdy przeszkadzać. – Dalia starała się utrzymać spokojny, kojący ton głosu ciągle utrzymując wzrok na kobiecie. – Jesteśmy tu, tylko aby ci pomóc. Nigdy nie chcieliśmy dla ciebie krzywdy. Zrobiłaś dla nas kanapki, poczęstowałaś herbatą. Jak moglibyśmy być tak niewdzięczni? – Dalia czuła jak ręce jej drżą ze stresu. Nie chciała nic zrobić brunetce, ale sama bała się o swoje bezpieczeństwo. Co, jeśli nie dotrze swoimi słowami do stojącej przed nią kobiety. Mogła obecnie jedynie liczyć na to, że reszta drużyny zachowa czujność i mocną głowę i jej pomoże, jakby było trzeba.

~ Proszę, wróć z nami do wioski, usiądziemy na spokojnie i porozmawiamy. Chcę się tobą zaopiekować, bardzo ciebie polubiłam w krótkim czasie, jakim się znamy. Zrobię to jednak tylko jeśli mi pozwolisz. – Dalia stanęła, jeśli jej się udało kilka kroków przed Elizabeth i uśmiechnęła się do niej, starając się zmiękczyć jak najbardziej wyraz swojej twarzy. Chciała wydawać się bezbronna, ufna i miła. Wolała unikać czegokolwiek co, mogłoby kobietę sprowokować, ryzykując własnym zdrowiem. Wolała, chociaż spróbować nie walczyć z kobietą, jeśli było to jeszcze możliwe.

Orfund

Potwór był zabezpieczony przez jakiegoś rodzaju pole siłowe, które z tego, co mi się wydawało, brało się od rozszalałej kobiety. Bestia zniknęła w eksplozji pyłu, szybko upewniłem się, że nie wciągnę go przez nos ani usta. Widząc, że Dalia próbuje nam przekazać jakieś znaki i rozmawia z kobietą. Zakończyłem ryk a także odwołałem swój pancerz, aby mieć możliwość szybciej zareagować kosztem swojej wytrzymałości. Zacząłem zbliżać się powoli w stronę kobiety, zachodząc ją od tyłu, trzymając miecz w pogotowiu, ale w zrelaksowanej pozycji. To, że ona stała do mnie tyłem nie znaczyło, że niewidoczny stwór też mnie nie widział. Jeżeli Dalii uda się przemówić kobiecie do rozsądku to świetnie, wszystko ułoży się jak trzeba. Jeśli nie pójdzie, byłem gotowy wykorzystać miecz, jako obucha uderzając mocno w szyję, pod uchem w okolice błędnika, tak aby pozbawić jej przytomności. Byłem ciekaw czy obezwładnienie jej w ten sposób będzie wystarczające, aby potwór stracił swoje możliwości obronne. Miałem taką nadzieję, jeśli to nie zadziała nie zawaham się zabić kobiety. Miała na sumieniu co najmniej 2 osoby, kto wie, czy nie trupów nie będzie więcej, a patrząc na jej stan zabicie było bezpieczniejszym rozwiązaniem, nieważne czy mi się to podobało, czy nie. Ten świat był brutalny, ale w tym przypadku, to nadmiar emocji i mrok umysłu zadział najbardziej.

~ Tak jak w większości przypadków - wymamrotałem pod nosem, zirytowany.

Czułem, że potwór obserwuje moje ruchy. Wcześniej wykorzystał magię, aby zatrzymać mnie przed dotknięciem Elizabeth, ale kiedy musiał wybrać między nią a samym sobą zadecydował o sobie. Miałem przeczucie, że mimo iż moc, w moim odczuciu brała się od kobiety, to bestia bardziej martwiła się o siebie niż o nią. Chciałem sprawdzić tę teorię. Kiedy zbliżałem się do rozmawiających kobiet, we wcześniej wspomnianym celu, cierpliwie czekałem aż roślinny skurwiel się zmaterializuje. Atak, który miał na celu ogłuszyć kobietę, zmieni się w rzut mieczem w potwora, kiedy tylko spróbuje obronić kobietę. Jeśli się nie pojawi nie przerwę ataku i postaram się trafić w kobietę.

Amviel

Wilk wrócił do owcy, kiedy tylko strzała wbita w ziemię zniknęła. Ta jednak nie zwróciła na to większej uwagi. Przyjęła do wiadomości, że chowaniec jest znów obok, jednak ten pozostawał cicho, a ona zbyt przejęta była losami Pani Elizabeth, która wyjątkowo dobrze chroniona była przez kwiecistego potwora, który postanowił się w końcu zdematerializować. Jednak nie była pewna, czy oznaczało to jego zniknięcie, raczej skłonna była uwierzyć w to, że wciąż obserwuje ich z bezpiecznego miejsca. Dlatego też, póki Dalia jedynie rozmawiała z wdową, Amviel nie ruszyła się z miejsca, ale gdy Orfund wycelował swój atak w opętaną (jak zakładała) kobietę, nogi same ruszyły. Sekundy po tym dłonie dziewczyny chwyciły za przedramię mówiącej heroski i, jeśli tylko się udało, za dłoń Elizabeth, w celu odciągnięcia ich od ciosu rosłego mężczyzny. Nie skupiała się jednak przesadnie na tej drugiej, więc jeśli ta tylko ruszyła dłonią, to Owieczka raczej nie dała rady jej nawet dotknąć.

— Orfundzie! — krzyknęła karcąco, nie racząc wspomnianego nawet spojrzeniem, zajęta upewnianiem się, że odciągnięte przez nią osoby są całe. Na ten czas nieświadomie opuściła gardę i przestała zwracać uwagę na otoczenie, chociaż wilk nadal pozostawał w pogotowiu. Tylko co biedak mógłby zrobić sam z siebie, jeśli coś by się stało? Jedynie krzyknąć, nic innego przecież bez polecenia nie pocznie.

Blair

Blair miała prostacki sposób myślenia. Czy należało oszczędzić morderczynię, która zabiła swojego własnego męża i jego kochankę? No może należało jej to jeszcze wybaczyć!? Z drugiej strony, sama przed nimi zaledwie kilka sekund wcześniej przyznała się, że wabiła swoim ogłoszeniem herosów, aby potem mordować ich z zimną krwią. A przynajmniej tak to panna de Poitiers zrozumiała.

— Życie za kanapki? Wolne żarty, to nie powód, by kogoś oszczędzać. Z każdej sytuacji było wyjście. Było w wiosce rozpowiedzieć, że twój mąż to zdrajca i się puszcza z inną kobietą. Społeczność osądziłaby go sama. Przemoc rodzi przemoc. Teraz to Tobie się należy śmierć. — powiedziała i nie miała zamiaru pozwolić kobiecie się tłumaczyć.

— Masz ostatnią szansę albo umrzesz — zagroziła, powoli kręcąc swoją naginatą w dłoniach, aby nabrała odpowiedniej prędkości przy atakach, zaraz po dotknięciu obu ostrzy i strzepnięciu ręki z cieczy do przodu — Albo na kolanach pójdziesz przeprosić ludzi w wiosce, przyznasz się, co zrobiłaś, powoli zaczniesz czyścić swoją kartę i nam zapłacisz. Daje Ci 3 sekundy na decyzję. — Powiedziała i zaczęła na głos liczyć od trzech w dół, nie zwracając uwagi na to, że jej towarzysze chcieli podejść do kobiety w sposób miły i delikatny. Zdaniem Blair potrzebny był szybki prysznic.

Mistrz Gry

Dalia, chociaż nieznajoma, to wykazała się wielkim wsparciem psychicznym od początku tego zlecenia. Kobieta rozwarstwiona dylematem, czy pozbyć się świadków, czy może przyjąć pomocną dłoń kobiety, została już niemal kupiona słowami i bezbronną postawą pani przeznaczenia. W końcu przyznała jej rację, tak samo, jak Rozpacz. Jeśli podzielała zdanie z do tej pory jedyną istotą, która ją w pełni rozumiała, to być może i ona powinna móc się z nią zaprzyjaźnić? Już miała, oj miała przyjąć tę ofertę, jednak przypomnijmy wszystkim, co cechowało tę konkretną osobę? Bingo, zwierzęce uszy nie zawiodły, ponieważ nawet jeśli Orfund starał się być cicho, jego ciężkie ciało nie pozwalało na bezszelestne poruszanie się po trawie, zwłaszcza przy dzierżeniu pokaźnego miecza. Chociaż gdyby nie reakcja Amviel, dziewczyna być może nie odwróciłaby się w stronę mężczyzny na czas. Tak, zamiast pozwolić się odciągnąć, zmartwiona spojrzała za siebie, a widząc już kątem oka próbującego ją ogłuszyć smoka, ta klęknęła na ziemi, chowając głowę w rękach, co chociaż w zwykłej walce byłoby głupie i nieproduktywne, wiązało się ze stworzeniem tarczy, która już wcześniej zablokowała kilka ciosów. Tym razem jednak nie pokrywała całego pola wokół kobiety, a więc co innego ją dosięgło. Zwykłe strzepnięcie nie wydawało się groźne, zatem krople mikstury stworzonej przez stojącą obok Blair dosięgły peleryny Elizabeth, zaczynając wypalanie jej powierzchni. Ta jednak skulona ze strachu przed rosłym mężczyzną nie zauważyła tego, skupiła się na czym innym.

~ Wiedziałam... Je-jesteście tacy sami, to musiała być podpucha... Rozpacz miała rację. Ni-nikt mnie nie zna tak, jak ona...

Odparła, po czym rzuciła jeszcze wściekłym spojrzeniem na odliczającą Blair. ~ I ty też nie masz racji! Rozpacz mówiła, że tylko to wymaże jego winy. Że... że czynię światu i jego duszy przysługę!

Cóż, groźby śmierci i próby ataku zanegowały nieco starania koleżanki, a sama Elizabeth... zniknęła, by następnie po paru chwilach pojawić się za plecami dwóch, najpewniej stojących koło siebie herosek. Położyła ręce na obu ich policzkach, w pewnym sensie je obejmując w ten sposób, po czym spojrzała się na Dalię wzrokiem jakby pełnym żalu, szepcząc w jej stronę krótkie "przepraszam". Następnie towarzysze dziewczyny mogli zobaczyć, jak ta pada na ziemię, a jeżeli Amviel nie nosiła w tamtym momencie maski, również podzieliła los panny przeznaczenia. W zależności od wyniku jedna lub obie postaci podczas tego stanu śniły, były to jednak przykre, łamiące serca omamy.

~ Chcecie walczyć, rozumiem. Wielkim herosom w końcu tylko walka w głowie. Nie rozumiecie, jak to jest, być ciągle odsuwaną na bok.

Wyrażając te słowa, teraz już w dość paranoiczny sposób rzucała wzrokiem od jednego przeciwnika do drugiego, czekając na ich ruch, nie zauważając, że jej element garderoby z sekundy na sekundę coraz bardziej zanika.

Dalia

Widziała, że jej słowa działają. Trochę lżej jej się zrobiło na piersi, widząc Orfunda, który celował płazem w punkt czuły kobiety, była spokojna. Miała nadzieję, że ta spokojnie zajdzie w głęboki cen i zdołają ją związać. Niedoczekanie jednak Pani przeznaczenia, gdy ta została odciągnięta przez Amviel, a Elizabeth wykryła smoczego towarzysza. Brunetka patrzyła wielkimi oczami na rozgrywającą się scenę, słysząc jakby przez szum słowa Blair, kompletnie ich nie rozumiejąc. Adrenalina zaczęła rozchodzić się po ciele, rytm serca bił jej w uszach. Elizabeth zniknęła. Strach zmroził krew w żyłach heroski, a po całym ciele przeszedł zimny dreszcz. Była w ogromnym niebezpieczeństwie. Zanim jednak zdołała zmusić nogi do biegu, została objęta. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, zanim straciła przytomność, było słodkie „przepraszam”.

Wynurzyła się spod wody, łapiąc łapczywie powietrze w usta, co chwila kolejna fala zalewała jej twarz i topiła pod nieznanym płynem. W ustach miała metaliczny posmak, ciecz była lepka, gęsta, nieprzyjemna. Otaczała ją niczym ciepłe, ohydne objęcie pastora, gdy… Kolejna fala wybiła ją na powierzchnię, nagle wszystko się uspokoiło, nabrała łapczywie powietrza w usta. Obtarła twarz i w końcu zobaczyła, w czym pływa. Krwista czerwień otaczała ją z każdej strony, gdy to sobie uświadomiła, jej nozdrza uderzył smród starej krwi. Muchy latały brzęcząc nad głową. Dodatkowo sama kobieta, była cieczą oblepiona. Wiele odczuć zaczęło trząść jej osobą, mdłości, ciarki, odruchy wymiotne, fale zimna i gorąca, obezwładniający strach. Nawet nie zauważyła, jak powoli spod powierzchni wypływały znane jej ciała. Orfund, którego głowa odłączyła się od reszty ciała, a brzuch był otwarty i swobodnie na tafli pływały jego jelita, tak jak sarenki w ten… Obok zaraz pojawiła się Amviel, brakowało jej oczu, a szczęka odłączyła się od górnej żuchwy. Dając owieczce nienaturalnie szeroki uśmiech. Dalia zaczęła ponownie tonąć, czując jak nogi, odmawiają posłuszeństwa, paraliżuje ją strach. Z całych sił starała się utrzymać na powierzchni, gdy dwie idealne połówki ciała Elizabeth otoczyły ją, zakrywając usta, które wydawały z siebie krzyk. Od kiedy wrzeszczała, płakała i z oczu zamiast łez leciała krew. Nie miała czasu nawet pomyśleć, gdy została zabrana pod powierzchnię jeziora krwi. Przepołowiona Elizabeth otworzyła siłą jej powieki. Widziała Blair tuż przed swoją twarzą przebitą własną nagitaną, mózg powoli uciekał jej przez ucho. Dopiero teraz zobaczyła, że ma pół wgniecionej zdeformowanej twarzy. Dalia czuła się coraz cięższa z każdą chwilą, zaczęła tonąć, z każdą chwilą zanurzając się coraz głębiej. Płuca piekły niemiłosiernie z braku tlenu, organizm heroski próbując się ratować zmusił ją do oddechu, zatapiając jej płuca we krwi. Zanim straciła przytomność, zobaczyła ich wszystkich nurkujących za nią, wyciągnęła dłoń w ich stronę, coraz bardziej tracąc ostrość, na granicach jej wzroku wirowała ciemność. Wydała z siebie ostatni pełen rozpaczy krzyk, zapełniając usta lepką cieczą. Zawiodła, zawiodła ich wszystkich.

Orfund

Kurwa no i oczywiście. Całe to przedstawienie, byłoby już zakończone, ale jak zwykle, ktoś musi bawić się w bohatera, nie biorąc pod uwagę, że to coś zabiło już dwie osoby i próbowało zabić nas. Cokolwiek ten stwór zrobił z Dalią i Amviel, wydawało się raczej nieszkodliwe. Widziałem, że Dalia oddychała, obstawiałem, że z owcą było to samo.

-Planowałem Ci pomóc, a nie z tobą walczyć, ale jeżeli ty i twoje kolczaste zwierzątko w tym momencie się nie uspokoicie, to zabije was obie.- Ryknąłem pełnym irytacji głosem, po czym zwróciłem się do Blair:

-Zamiast wygłaszać groźby i cwaniakować, skup się i pilnuj moich pleców. Poruszajmy się w parze, aby zostawiać mniej martwych punktów. Mów o wszystkich elementach, które cię niepokoją. Bestia atakuje tych, którzy krzywdzą Elizabeth, a ona sama nie ma bladego pojęcia o walce. Próbowaliśmy ją zranić, więc skupi się na nas. Słuchaj i wąchaj, a może wyjdziemy z tego żywi.- Przeciwnicy zniknęli z pola widzenia. Na szczęście, miałem jeszcze inne zmysły, nie tylko oczy. Przyjąłem postawę defensywną na lekko ugiętych kolanach, gotowy odeprzeć atak. Przymknąłem powieki, mając nadzieję, że Blair weźmie sobie moje słowa do serca. Skupiłem się na dźwiękach i zapachu. Kobieta musiała pachnieć herbatą, którą nas chciała częstować. A potwór, zapewne jak roślina, zmieszana z krwią ludzką. W końcu zabijała. Nie planowałem dać się złapać na przynęty. Cierpliwie czekałem na atak. Byłem gotowy, złapać potwora, kosztem otrzymania obrażeń. Przygotowałem swoje ciało na ból, aby mnie nie oszołomił, kiedy przyjdzie.

Amviel

Udało jej się odsunąć jedynie Dalie, ale nie przeszkadzało jej to, bo w końcu to głównie o nią chodziło. Ciężar spadł jej z serca, kiedy zobaczyła, że i Elizabeth jest cała, chociaż znów wrócił na miejsce, gdy ta pojawiła się obok herosek i dotknęła ich policzki. Amviel nie wiedziała nawet, kiedy to się stało, a zanim zdążyła jakoś na to zareagować, jej powieki zrobiły się ciężkie, a ciało bezwładnie opadło na leśne runo.

Jej ciało było całe obolałe. Ciężko było jej oddychać, a co dopiero ruszyć się z miejsca. Coś jednak mówiło jej, że jeśli w tej chwili nie wstanie i nie zacznie biec jej historia może się tu zakończyć. Otworzyła oczy, z trudem podniosła się do siadu, a następnie wstała. Dopiero wtedy rozejrzała się dookoła, aby zobaczyć co się dzieje i gdzie w ogóle jest. Do jej uszu nie docierały dźwięki inne niż szum liści poruszanych wiatrem, a po oględzinach okolicy tylko utwierdziła się w tym, że została sama. Towarzysze musieli ją zostawić, dziwnym było jednak to, że zrobił to również wilk. Jednak Amviel szybko zorientowała się, że nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, czemu tak jest. Z krzaków znajdujących się niecałe trzy metry od niej wyłoniła się dziwna, powykręcana istota o długich kończynach, a heroska niewiele myśląc zebrała się do biegu. Poddała się adrenalinie, a ból nagle zniknął, jakby przestał istnieć. Jej nogi poruszały się szybciej niż kiedykolwiek, a naga skóra rąk raniona była przez gałązki krzaków i korę, o którą momentami się ocierała. Wtedy dopiero zauważyła, że jej zwyczajowy strój zastąpiony został cieniutką koszulą nocną, która nie posiadała rękawów. Nie miała jednak czasu na rozwodzenie się nad tym, czemu tak jest. Musiała biec, bo wiedziała że jeśli stanie już nigdy nie będzie mogła wrócić myślami do tego momentu.

Po długich minutach ucieczki heroska w końcu obejrzała się za siebie, co okazało się niekoniecznie mądrą decyzją. W niemal tym samym momencie straciła pod raciczkami grunt, a jej ciało zanurzyło się w lodowatej wodzie. Owieczka niedoświadczona w sztuce pływania poddała się naturze, spadając coraz to głębiej w otchłań, która wydawała się nie mieć końca. Jednak nawet to okazało się nie być ucieczką od potwora, który ją gonił. Nie wiedziała nawet kiedy jej brzuch został przebity przez ostrozakończone odnóże istoty, a kiedy spojrzała w jego stronę zauważyła na jego końcu swoje własne jelito. Zrobiło jej się słabo, a gula stanęła jej w gardle. Po chwili ledwo cokolwiek widziała, woda została zabarwiona krwią opuszczającą jej ciało. Podróż z wody na ląd wydawała się nie mieć końca, a kiedy w końcu znalazła się na brzegu chciała jedynie zamknąć oczy i w spokoju umrzeć. Tylko nie mogła tego zrobić, chociaż straciła ogromne ilości krwi, a każdy kto chciał mógł zobaczyć zawartość jej brzucha. Los miał co do niej wyraźnie inne plany, a utwierdziła się w tym kiedy zobaczyła przed swoimi szeroki uśmiech. Ten idealnie biały uśmiech, który widywała kiedy coś jej się nie udało.

Blair

Naginata osiągnęła maksymalną prędkość, z jaką panna de Poitiers była w stanie sobie poradzić. Nie groziła kobiecie, a liczyła, że namówi ją do poddania się. To, że zabrzmiało to jak groźba, aniżeli ostrzeżenie, dowiedziała się po reakcji bestii — czyli Elizabeth — oraz Orfunda.

— Mordujesz, aby zbawić dusze? Nie kłam, z tego co mi wiadomo od mojej rodziny, nie ma zbawcy w tym świecie. — Odparła szczerze, bazując na wierzeniach swoich bliskich, którzy przyjęli ją jako jedno z dzieci pod dach. To właśnie dla nich poszła zarabiać na zleceniach. Nie spuściła jednak gardy, wciąż ją trzymała, stojąc przed kobietą, za którą znajdował się Orfund. Szkoda, że została im wyrwana z ofensywnego pola. Winna podeszła w stronę Amviel i Dalii odwracając się plecami do mężczyzny i…znikła, aby po chwili pokazać się za plecami obu dziewczyn i…zabić je? Blair nie miała tak dobrego wzroku, nagły upadek na ziemię i to słowo “przepraszam”, było jak wskazanie dziewczynie niemal czarno na białym, że obie z dziewczyn zostały przez nią zabite.

— Przesadziłaś. — Nim Dalia i Amviel zdążyły całkowicie upaść, suczka rzuciła się na zleceniodawczynię, pilnując, aby dolne ostrze naginaty nie tknęło ciał towarzyszek, a było to coś, czego nie ćwiczyła, dlatego kąty padania broni raz ominęły przyszłą ofiarę, a dwa razy mocno ją spowolniły. Zamachnęła się tępą stroną w okolicach kości klinowej od prawej strony. Potem, wykorzystując rozpęd, ostrą stroną próbowała uderzyć kobietę w twarz, niestety jednak chybiła, gdyż broń znalazła się za daleko od kobiety, źle wymierzona, ponieważ dalszej ręki nie wysunęła wystarczająco na przód. Przedostatni atak padł na nogi, które tępą stroną ostrza starała się podciąć, celując w tylną część kolan. Wtedy właśnie jej broń niebezpiecznie spowolniła, o ile się udało, lub natarcie zostało zatrzymane. Usłyszała ostrzeżenie Orfunda, który miał rację. Dziwna postać, która potrafiła się teleportować, gdzieś zniknęła. Było to trafne spostrzeżenie.

— Nikomu nie grożę, daję jej wybór, aby wróciła do normalnego życia. Ale najwyraźniej ona tego nie chce. —Powiedziała, odchodząc za plecy mężczyzny odskokiem w tył.

— Rozumiem, jeżeli zauważę coś niepokojącego, to cię poinformuję. — tym sposobem, Blair dała mężczyźnie słowo i to właśnie robiła. Stała i rozglądała się za marionetką. — Możesz jej nie zabijać, a obezwładnić? Uśpić na parę godzin? Jeżeli nie chcemy być gonieni potem, musimy dać dowód ludziom znającym ją, że jest potworem i nie chce się zmienić. — wytłumaczyła, po czym spojrzała na ich cel. Widząc jak z Elizabeth wyparowują elementy odzieży, o ile skutecznie spowodowała upadek kobiety, rzuciła jej swoje górne odzienie, by mogła się zakryć.

Mistrz Gry

Wykluczenie z walki dwójki przeciwników sprawiło, że kobieta poczuła się bardzo pewnie, chociaż nadal utrzymywała się w swoich założeniach. Na tyle pewnie, że była pewna, że szok sparaliżuje towarzyszy dwóch śpiących herosek, stąd nie spodziewała się natarcia od strony Blair. Pierwszy cios wymierzony w kość klinową trafił, na szczęście dla kobiety tępą częścią broni. Stało się tak, gdyż jak do tej pory jedyną jej deską ratunku przed niespodziewanymi atakami było jej rozpaczliwe wołanie o pomoc. Szczęście w nieszczęściu, odrzucona tym ruchem chcąc nie chcąc ominęła cięcie wymierzone w jej oczy, jednak już wtedy brakowało jej równowagi. Blair jednak nie dosięgnęła swoją naginatą w tylną część kolan Elizabeth, a jedynie trzepnęła nią w bok, co jednak pozwoliło na powalenie paranoiczki. Aż dziwnym w tym przypadku była litość okazana przez posiadaczkę psich atrybutów, związaną z działaniem jej własnej mikstury. Zleceniodawczyni po chwili podniosła się z ziemi. Z jej początkowego odzienia pozostała jedynie spódnica oraz skromna bielizna, zakrywająca to, co powinna, a także rękawy, które przy opuszczeniu dłoni teraz zsunęły się na ziemię. Pomimo chęci wymierzenia kary, jaka unosiła się w powietrzu, wydzielana przez obie strony, wdowa była jednak kobietą. Ze wstydem zakryła się materiałem rzuconym przez przeciwniczkę, który o dziwo nie ulegał destrukcji. To jednak nic nie zmieniało.

~ Mówcie, co chcecie, nic o mnie nie wiecie. Rozpacz mówiła, że zgniłego serca już nic nie uratuje. ~ odparła, wyciągając nóż z resztek tego, co było niegdyś rękawami ~ A jeśli się nie zgadzacie, musicie ponieść karę.

Wędrując spojrzeniem między jedną a drugim herosem, chociaż dostrzec można było w jej oczach strach, szukała jakiegokolwiek otwarcia. Widząc jednak, jak ręce się jej trzęsą, dokonała czegoś niespodziewanego. Uprzednio przekładając sztylet z ręki lewej do prawej, nacięła nim tę pierwszą dłoń, by później zacisnąć ją jeszcze raz na rękojeści, zaczynając się przy tym histerycznie śmiać.

~ Niesamowite, Herosi to naprawdę inna bajka, nie to, co Ci tutejsi. ~ odparła, widocznie się uspokajając, po czym natarła z chęcią zadania ciosu pod żebra Orfunda, a była szybka ~ Ty będziesz pierwszy!

Orfund

Szczerze to nie chciało mi się słuchać tłumaczeń kobiety. Słysząc szybkie kroki oraz głos kobiety, zbliżające się w moją stronę, otworzyłem oczy. Opętana zbliżała się szybko. Jako że byłem przygotowany na taką ewentualność, sparowałem atak mieczem w taki sposób, aby cios kobiety został przekierowany na bok. Upewniłem się, że ten manewr nie pozwoli jej na zaatakowanie Blair. Jak tylko kobieta, zmuszona do ruchu impetem swojego ataku, który nie napotkał żadnego oporu, przebiegła obok mnie, wbiłem szybko miecz w ziemię, aby mieć obie ręce wolne. Następnie złapałem ją za rękę i wykręciłem nadgarstek, w którym miała broń i kopnąłem w dal, kiedy spadła na ziemię. Szybkim, pewnym ruchem przeszedłem do chwytu duszenia zza pleców i nacisnąłem na jej naczynia krwionośne na szyi aby jak najszybciej ją obezwładnić. Przeważałem nad kobietą siłą, więc postawiłem na to, że nie będzie miała jak się z tego uwolnić.

-Uważaj na tego drugiego skurwysyna. Ja się zajmę Elizabeth- wysyczałem szybko aby nie tracić sił i oddechu. Planowałem utrzymywać chwyt do momentu, kiedy opętana nie straci przytomności. Gdybym padł atakiem potwora, planowałem wykorzystać kobietę, jako żywą tarczę, mając nadzieję, że bestia nie skrzywdzi źródła swojej mocy.

Blair

Dziewczyna doskonale słyszała walkę mężczyzny. Zrozumiała również w trakcie patrzenia, że kobieta w jakiś sposób zmienia swoją osobowość, gdy robi sobie krzywdę, ale uspokaja się, gdy Dalia ją uspokaja. Chciała sprawdzić, czy zareaguje więc na krzywdę wyrządzoną Dalii, a raczej spróbowałaby, gdyby nie mały problem — nie żyła! Blair wpatrywała się tam, gdzie Orfund wzrokiem nie dosięgał, gdyby coś innego ich zaatakowało, to wiedziałaby o tym doskonale.

— Nic na razie nie ma — zwróciła się do Orfunda i odsunęła się odrobinę od niego, aby sięgnąć po listek z krzewu — Chcesz, abym przekazała Ci wzmocnienie, czy sobie poradzisz? - zadała pytanie, nie chcąc pozostać bierna w walce, jednak obietnica została dana.

— Tak swoją drogą uspokajała się, gdy ta brązowowłosa pani coś do niej mówiła. — odparła, kierując naginatę w stronę królowej przeznaczenia — może warto spróbować ją uspokoić w inny sposób, skoro i tak je zabiła? — zapytała, wskazując na to, co będzie chciała zrobić bardzo wyraźnie.

Mistrz Gry

Znane przysłowie mówi, że nie należy porywać się z motyką na słońce. Chociaż niezrozumiałe przez niektórych, powiedzenie to skrywa w sobie dość uniwersalną prawdę. Rzucenie się na Orfunda, który z pewnością przerastał ją nie tylko wielkością ciała, ale też i miecza, zakończyło się dość felernie, głównie dlatego, że był już w stanie przygotowania bojowego. To, że Elizabeth wydawała się słabym wojownikiem, skupiając się jedynie na mocach magicznych, dawało im sporą przewagę... ale czy na pewno? Kobieta była świadoma swojej słabości, więc w chwili zetknięcia się ostrzy rozluźniła uchwyt, gwarantując sobie tym, że nie została odbita wraz z atakiem, a pozornie bezbronna wpadła na smoka. Jeżeli Blair nie zdecydowała się jakkolwiek oddzielić mężczyzny od wdowy, ten po krótkiej chwili kontaktu fizycznego mógł odczuć, jak jego siły powoli, acz stopniowo uciekają. Na jego ciele, w miejscu kontaktu, zaczęły pojawiać się małe plamy, które wcześniej mogli ujrzeć na ofiarach kobiety.

~ Nie przejmuj się. Rozpacz mówiła, by karać jedynie wredne osoby. Wasze towarzyszki, cóż, są bezpieczne. Ale wy przekażcie mojemu mężowi, że to wszystko jego wina.

To mówiąc, spojrzała się również na Blair, chichocząc pod nosem, chociaż w głupi sposób. W końcu dalej była w zasięgu ataku Orfunda, który mógł w każdej chwili chwycić ją, jak wcześniej planował. W międzyczasie stało się coś nieoczekiwanego. Niezależnie od tego, co robiła, władająca naginatą mogła odczuć nagły ból głowy, wraz ze wzmożoną chęcią mówienia prawdy, która narastała aż... puf. Chmura dymu w niemal kreskówkowy sposób objęła dziewczynę, której wcześniej noszone ubrania opadły na ziemię, jakby ich posiadaczka zniknęła, albo...

Ofiary usypiającego zaklęcia powoli się budziły, chociaż mogły odczuwać wzmożony smutek oraz apatyczność, spowodowane przeżytymi wizjami, nawet jeśli te ich nie pamiętały. Jednak czy aby na pewno się obudziły? Mogły odczuwać taką niepewność, gdyż zaskoczył ich nietypowy widok. Elizabeth przytulała Orfunda, a w miejscu, gdzie miała stać Blair, były widoczne jedynie leżące na psie odzienie... chwila, na psie?

Dalia

Powieki powoli zaczęły się otwierać, a do oczu Dalii zaczęło docierać światło. W uszach dudniło jej, a w ustach miała nieprzyjemny posmak. Na początku była zdezorientowana, szybko jednak zdała się rozpoznać gałęzie drzew nad swoją głową. Najpierw zaczęła poruszać oczami, nie ruszając się, nie wiedziała bowiem w jakim stanie było jej ciało. Nie trwało to jednak długo, ponieważ szamotanina przykuła jej uwagę i od razu także wzrok brunetki.

Widziała Elizabeth wtuloną w Orfunda, z początku wydawało się kobiecie, że walka się już skończyła. Wtedy jednak zaczęła widzieć plamy pojawiające się na torsie mężczyzny. Starając się nie wydać z siebie żadnego dźwięku, uniosła swój tors do pozycji siedzącej. Upewniła się, że znajduje się odpowiednio niedaleko, aby wzrok heroski dokładnie objął ciało wdowy. Pomiędzy palcem wskazującym a środkowym pojawiła się karta. Nad głową Elizabeth, jeżeli zdolność doszła do skutku, pojawił się fioletowy miraż cesarzowej zasiadającej na tronie. Ciało uszatej stało się pięciokrotnie cięższe, tak że nie mogła się teraz ruszyć. Dalia starała się z całych sił utrzymać zmęczony wzrok na Elizabeth, szczypiąc się boleśnie w ramię dla pobudki. Na tyle mocno, że paznokcie kobiety przecięły skórę, a krew zaczęła się lekko sączyć.

Orfund

Zignorowałem to, co robiła Elizabeth i zacisnąłem zęby. Byłem już przygotowany na ból. Złapałem kobietę, upewniłem się, że noża nie ma w pobliżu i zacząłem podduszać tak jak planowałem od początku. Nie chciałem jej zabić a tylko pozbawić przytomności więc stopniowo zaciskałem swój chwyt na jej szyi.

-Przykro mi, że mnie do tego doprowadziłaś, ale nie zamierzam być miły dla kogoś kto morduje bezbronnych i jeszcze sobie wmawia, że robi dobrze. Zawiśniesz za to.- powiedziałem do niej. Nie zasłużyła sobie na nic więcej, a już na pewno nie na moje współczucie. Nie zwracałem uwagi na swoje otoczenie, bardziej niż tylko uważając na kolczastego stwora, skupiłem się na utrzymaniu kobiety w chwycie i nie zamierzałem puszczać, dopóki nie padnie na ziemię, niezależnie od tego, czy ktoś będzie próbował to przerwać.

Amviel

Już miała odezwać się do wilka, zapytać czemu pozwolił na to, aby skończyła w takim stanie, kiedy jej powieki zrobiły się ciężkie, a aparat mowy odmawiał posłuszeństwa. Czy w końcu dane jej było odejść?

Jeśli, to życie po życiu okazało się przedziwnym miejscem. Pierwsze co zobaczyła po ponownym otworzeniu oczu to Orfund przytulany przez Elizabeth, a kiedy ledwo bo ledwo, ale podniosła się do siadu, ujrzała również uroczego psiaka w odzieniu Blair. Nie było tu jednak Blair, więc ta chyba przeżyła, prawda? Zanim jednak Amviel zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować jedyny mężczyzna w pobliżu, nie licząc martwych, zaczął dusić opętaną kobietę, a Dalia wpatrywała się w ten obrazek, wbijając paznokcie w rękę.

— Dziwny ten świat zmarłych — wymamrotała pod nosem, a wilk leżący za nią zaśmiał się w głos.

— Wiedziałem, żeś głupia, ale nie sądziłem, że aż tak — powiedział, odwracając się na drugi bok. Taki obrót spraw mu pasował, gdyż owieczka była zbyt otępiona, aby jakkolwiek zareagować na sytuację, a znaczyło to równie tyle, co wolne dla chowańca.

Mistrz Gry

Cóż, wpierw należy wytłumaczyć, co dokładnie stało się z Blair. Kanapki jako "ulubiony przysmak Frederica" z pewnością były czymś pokropione, a przy zazdrosnej żonie z pewnością można się było domyślić, czym. Blair, jako że spożyła ich osiem, przyjęła ośmiokrotność polecanej dawki, co związało się ze skutkami ubocznymi, a wszyscy wiemy, jakie te potrafią być — nieprzewidywalne. Jednak nie tylko efekt, ale czas przemiany był zaskakujący, gdyż zaledwie po krótkiej chwili w miejscu uroczego pieska w odzieniu Blair ponownie wypuszczona została chmura dymu, a w jego miejscu leżąca Blair. Na szczęście dzięki tej nieprzewidywalnej magii, jej ubrania, w tym bandaż krępujący ciało, dostosowały się do formy dziewczyny, dzięki czemu pozostały na niej niezależnie od postaci. Blair mogła nadal odczuwać lekką chęć mówienia samej prawdy, jednak poza tym nie doskwierało jej już nic. Mogła wrócić do walki, zwyczajnie podnosząc się z ziemi i chwytając leżącą koło niej naginatę, przynajmniej w teorii.

Co do Elizabeth, chociaż jej umiejętność była wyniszczająca, postępowała powoli. Na tyle, żeby dać Orfundowi wolną rękę do duszenia, jeśli ten znosił ból. A znosił, za to wdowa dzięki działaniom cesarzowej nie mogła podnieść dłoni, by próbować się wyswobodzić. Doprawdy cudowna gra zespołowa. Gdy ostatnie tchnienie przytomności miało opuścić usta morderczyni, a smok wydał z siebie słowa wyroku, za Orfundem zmaterializowała się znajoma już postać w sukni, która gniewnie wykrzyczała swoje żądania.

~ ₱Ʉ₴Ⱬ₵Ⱬ₳J Ją, ₮Ɏ ₴ⱫɄ₥Ø₩ł₦Ø! ~ mówiąc to, wykorzystała obie ze swoich kos, by niczym nożycami zaatakować kark mężczyzny, ten jednak miał sporo szczęścia. Gdy ostrza dotarły do celu, nacinając skórę, lecz nie aortę, istota rozpłynęła się na fioletowy pył ponownie, wydając z siebie mrożący krew w żyłach okrzyk ~ ₦łɆɆɆɆɆɆ!!!

To oczywiście, jeżeli mężczyzna instynktownie nie wypuścił kobiety w celu ratowania głowy. Nigdy bowiem nie wiadomo, jak zadziała nasza chęć przetrwania.

Orfund

Bydle próbowało ujebać mi łeb, ale nie tym razem. Nie ono pierwsze i nie ono ostatnie. Nie udało jej się z dwóch powodów. Po pierwsze spodziewałem się ataku a po drugie wydarła się zanim zaatakowała, więc dała mi ułamek sekundy, żeby się przygotować i nie dać odzyskać przewagi Elizabeth. Kiedy kobieta straciła przytomność, położyłem ją na ziemi i zdjąłem swoją koszulkę, aby związać jej ręce. Wiedziałem, że chwilę jej zajmie odzyskanie przytomności. Pomogłem Dalii i Amviel wstać z ziemi. Jednocześnie zwróciłem się do owczej dziewczyny z poważną miną:

-Następnym razem nie wchodź między miecz a jego cel. Bo możesz spowodować śmierć postronnych osób. Broniłaś mordercy i prawie przez to wszyscy przypłaciliśmy życiem. Dodam tylko, że nie planowałem zabić Elizabeth a tylko ją ogłuszyć. Atakowałem tępą stroną miecza.- Następnie uśmiechnąłem się do niej promiennie i zmierzwiłem jej włosy. - Zapamiętaj to i wszystko będzie tylko lepiej. - Zobaczyłem, że z ręki Dalii leci krew, więc podszedłem do niej i delikatnie obejrzałem ranę. Nie była głęboka, delikatne zadrapanie.

-Nie mam czym ci jej zawinąć. Jak wrócimy do wioski, odkaź ją alkoholem i zawiń bandażem, aby nie wdało się zakażenie. Na razie proszę, obserwuj Elizabeth, aby się nie obudziła.

Podszedłem do Blair-psa i wziąłem go delikatnie na ręce.

-O proszę, a więc jednak potrafisz być urocza- Położyłem sobie psiaka na ramieniu:

-W drogę psia Blair. Upewnijmy się, że Panowie Leśnicy jeszcze żyją.

Schodziło ze mnie napięcie i adrenalina. To spotkanie było zdecydowanie zbyt bliskie. Musiałem ponownie rozważyć zagrożenie, jakie sprawiał ten świat.

Upewniłem się, że leśnicy, którzy z nami jeszcze żyją. Jeśli tak to obudziłem ich z letargu i zapytałem:

-Hej, Panowie. Kto u was we wsi sprawuje czynności prawne. Macie jakieś więzienie albo areszt? Ostatnią rzeczą, którą chcę robić to dokonywać samosądu, chociaż ona definitywnie zasłużyła na stryczek…przynajmniej w moich oczach. To wasza sąsiadka. Wy powinniście zdecydować..

Dalia

Gdy utrzymywała przytomność, a także Eli na miejscu kompletnie nie zauważyła zjawy za Orfundem. Jej słowa weszły jednym uchem i wyszły drugim. W momencie, gdy Elizabeth opadła z sił, to też stało się i Dalii. Dłonie bezwiednie opadły na boki bokach, mała strużka krwi leciała swobodnie po prawym przedramieniu, na końcu swojej drogi wsiąkając w ziemię. Nie wiedziała do końca, co się wydarzyło i dlaczego, ale była przekonana, że to będzie już koniec.

Zamyślona, nie zauważyła, gdy Orfund do niej podszedł i ujął delikatnie jej wątłe ramię w swoje duże męskie dłonie. Zmęczony wzrok powędrował w jego stronę, uśmiechnęła się lekko, a na policzku pojawił się ledwo zauważalny róż.

~Dziękuję za troskę. Postaram się tym zająć. – pokiwała głową i westchnęła cicho. – Jak wrócimy do wioski, to mogę i ciebie obejrzeć. – mówiąc, otrzepała się z lekka, zauważając, że stoi. Nawet nie zauważyła, kiedy to się stało. Po chwili jednak jakby z opóźnieniem dotarło do niej, że Orfund jej pomógł. Nerwowo schowała kosmyki niesfornych włosów za uszami. Gdy mężczyzna z pieskiem Blair przechodził obok, lekko pogładziła zmienioną w zwierzę heroskę po głowie, jeżeli jej się udało.

Zgodnie z prośbą wojownika podeszła do Elizabeth, ułożyła ją, jakby nawet nie myśląc o tym nadmiernie w pozycji bezpiecznej. Dopiero jak skończyła, zmarszczyła lekko brwi. Dlaczego właśnie tak ją ułożyła, nie miała pojęcia, aczkolwiek z tyłu głowy wiedziała, że tak ma być. Zdjęła pasek i pozwoliła, aby suknia trochę mniej urokliwie ułożyła się na jej talii. Zaczęła wiązać Elizabeth skórzanym paskiem na wysokości 5 centymetrów od nadgarstków i jak się upewniła, że nie zdoła go rozplątać, zdjęła ciuchy Orfunda i okryła kobietę. Zaczęła lekko gładzić jej włosy, mimo wszystko współczuła dziewczynie i jakby się obudziła, Dalia zamierzała być jej wsparciem. Podniosła jedynie na chwilę wzrok, aby odszukać wzrokiem Amviel. Jeżeli heroska nie wyglądała na zbyt oszołomioną, posłała jej uśmiech.

~Amviel, pomożesz mi ją przypilnować? – zapytała zmęczonym głosem, po czym obojętnie od odpowiedzi wzrok jej ponownie powędrował do Elizabeth. Zastanawiała się, co musiało stać się w jej życiu, aby doprowadzić ją do tego stanu.

Blair

To było przerażające. Blair tak właściwie nie wiedziała, co się z nią dzieje, gdy nagle jej ciało zaczęło się przemieniać w zwierzę o 33 centymetrach w kłębie. Zobaczyła tylko wzrok kobiety, który wręcz krzyczał do posiadaczki zwierzęcych elementów, że to jej wina. Przemieniona de Poitiers nie mogła wyczuć swoich kończyn, zupełnie jakby były osobną częścią jej ciała, niezłączoną w jedność. Wstanie było niemożliwe, dlatego przeleżała chwilę, gdy Orfund rozprawiał się z panną o złych zamiarach. Chciała go obronić, jak obiecała, przed istotą, która się za nim pojawiła, ale nie była w stanie nawet się podnieść. Całe szczęście, że wszystko skończyło się pozytywnie. Gdy mężczyzna okazywał opiekuńcze gesty brązowowłosej Blair, powoli próbowała wstawać na cztery łapy. Cóż nadal czuła, że jej opuszki nie udźwigną całego ciężaru ciała, więc mocno zdziwiła się, gdy ktoś był w stanie podnieść ją jako zwierze i jeszcze powiedzieć do niej jakieś słowa. Dobrze wiedzieć, że wielki pies nie powodował u nikogo przerażenia! Położenie jej na ramieniu… cóż było bardzo wysoko, prawie tak wysoko, jak sięgała jej naginata, która została na ziemi. Po nią trzeba było się wrócić! Była jedyna w swoim rodzaju! W momencie, gdy brązowowłosa kobieta zemdlała, Blair poczuła to samo uczucie, które wystąpiło, gdy przemieniała się w psa. Więc Dalia zdążyła ją pogłaskać zarówno w psiej, a jeżeli dosięgła to również w ludzkiej formie. W tym momencie Orfund mógł poczuć, jak niewinne 15 kilo na jego ramieniu przeobraża się w 45.

— W drogę! — powiedziała dziewczyna, spoglądając w dół. Było za wysoko, aby zeskoczyć, więc nie ryzykowała.

— Dalio podasz mi naginatę? — zapytała, chcąc zeskoczyć, wykorzystując broń jako podporę, a jeżeli tak się stało, udała się z Orfundem i poszła szukać właściwego rozwiązania tego problemu — Najlepiej więzienie anulujące magię, chociaż chwilowo — dodała do słów mężczyzny.

Mistrz Gry

Radujmy się, że Orfund podjął dobrą decyzję i obezwładnił Elizabeth. W innym wypadku kosy mogłyby pozbawić go głowy, a reszta herosów miałaby problem z dość silnym przeciwnikiem. Na całe szczęście dla nich, wdowa sama się podłożyła, atakując wielkoluda bezpośrednio. Jeżeli brać pod uwagę wymarłą tkankę na jego ciele, plamy z każdą minutą stopniowo zanikały, najwyraźniej na żywych ciałach było to efektem tymczasowym. Podczas gdy Dalia i Amviel pilnowały nieprzytomnej agresorki, Orfund i przemieniona już z powrotem Blair przeszli się w stronę krzaków, gdzie jeden mężczyzna, ten wyższy, już dawno oprzytomniony próbował wziąć pod rękę towarzysza i uśmiechnął się do tejże dwójki.

~ Dziękuję za pomoc, kto by się spodziewał, że to ona będzie temu wszystkiemu winna. Naturalnie, jako że należy do naszej społeczności, zajmiemy się nią osobiście. Pomyśleć, że ukrywała przed wszystkimi to, że była herosem. ~ to mówiąc, przeszukał swoje kieszenie, po czym rzucił paroma sakwami pod nogi Orfunda i Blair, z czego z jednej wypadło parę simirów, z drugiej zaś liście krzewu, który wcześniej mijali.

~ Nie wiem, jaką sumą was ta wiedźma próbowała skusić, ale należy wam się pewnie więcej, za ten cały trud. Zabiorę ich już ze sobą, wy możecie zająć się tamtym niedojdą leżącym pod drzewem.

To mówiąc, przeszedł się w stronę nieprzytomnej i związanej Elizabeth, biorąc ją pod rękę tak jak swojego kumpla. Czujne oko stojącej koło nich dziewczyn zauważyć mogło, jak z kieszeni jej spódnicy wypada średniej wielkości kartonik, podczas gdy sam pozbywał się z niej szaty Blair, uprzednio zakrywającą kobietę. O dziwo nie miał on żadnej trudności z podniesieniem dwóch dodatkowych ciał na raz.

~ Będę się już zbierał, ciałami... zajmę się, jak ten niski debil się obudzi. Dzięki za wszystko.

Z tymi słowami oddalił się, o ile nikt go nie próbował powstrzymywać, w stronę wioski.

Dalia

Na szczęście wszystko się rozwiązało. Leśniczym raczej nic nie było i mogli sprawiedliwie osądzić postępki Elizabeth. Dalii było szkoda kobiety, ale śmierć nie powinna przychodzić komuś tak łatwo. Odebranie komuś życia powinno być ostatecznością. Gdy leśniczy odchodzili, brunetka zauważyła coś ciekawego w trawie, podniosła to. Karta tarota o numerze 13, śmierć. Pasująca do sytuacji karta. Doprawdy intrygujące. Pani przeznaczenia dobrze była obeznana z tarotem. Może czas, aby kupiła własną talię. Schowała kartę do swojej sakiewki, po czym wzięła ubranie Blair oraz Orfunda i dołączyła do reszty. Oddała komu, co trzeba, strzepując wcześniej źdźbła trawy i ziemię.

~To wygląda na o wiele więcej, niż Elizabeth oferowała. Po tym wszystkim miło jest zostać wynagrodzonym. Szkoda mi kobiety, ale i jej ofiar. - Dalii westchnęła i zaczęła rozdzielać pieniądze na równo 15 simirów dla każdego. Następnie zioła podzieliła na po 6, przy czym w jednym pęczku zostawiła 7. - Kto chcę więcej ziół, a kto nie chcę wcale? Ja z chęcią wezmę tylko jeden pęczek. - mówiąc to, ujęła jedną szóstkę i schowała w swojej sakiewce. Rozejrzała się po twarzach towarzyszy i uśmiechnęła się lekko, bez przekonania. ~To… Chcecie do karczmy na piwo? Soczek? Coś ciepłego na wieczór? Chcę zająć czymś głowę po tej sprawie. - kobieta objęła się dłońmi, jej ciało lekko zadrżało. Schodziła z niej adrenalina, a przez co odczuwała tego nieprzyjemne skutki. Starała się powstrzymać od drżenia z zimna, ale nie bardzo jej wychodziło. Gładziła dłońmi ramiona, aby jak najszybciej się wyzbyć nieprzyjemnego uczucia.