Seminos, osada położona kilka godzin drogi od Carachtar. To właśnie stamtąd zleceniodawca woła o pomoc. Młoda kobieta zamieszkująca obrzeża poszukuje męża, nie jest to jednak ogłoszenie matrymonialne. Według zeznań Elizabeth mężczyzna wyruszył kilka dni temu do lasu, jak zwykle zgodnie z tygodniową rutyną. Celem były owoce leśne oraz grzyby, wrócił jednak z niczym… a raczej nie wrócił wcale. Jako do tej pory zależna od męża, kobieta o lisich uszach boi się skazania na samotność, toteż wzywa grupę Herosów, którzy pomogliby jej w odszukaniu ukochanego.
Seminos, osada położona na kilka godzin drogi piechotą od najbezpieczniejszego miejsca na wyspie. Konieczna przeprawa przez zakazany las skutkuje tym, że mało osób podejmuje się podróży, może poza wykwalifikowanymi łowcami, zwiadowcami, czy ochroniarzami. Wyjątkiem była Elizabeth, która w akcie desperacji ruszyła zupełnie sama, bez jakiegokolwiek wsparcia, do Carachtar, by tam zamieścić zlecenie. Liczyła na to, że pomogą jej Ci słynni Herosi, którzy w końcu od tego są. Wieść o zadaniu szybko rozniosła się pocztą pantoflową, dodatkowo sami mieszkańcy Seminos próbowali wspomóc osamotnioną, rozgłaszając wieść i szukając zaginionego. Pytanie, w jaki sposób dowiedzieli się sami śmiałkowie, którzy zachęceni dość prostą formą zarobku, a może i nawet swoim własnym altruizmem, przybyli na zbiórkę do domu nieszczęśliwej małżonki? Niezależnie jednak od motywów, przybyli Herosi mogli wejść przez otwarte na oścież drzwi frontowe, a nawet dostać się do salonu, w którym czekał stolik z przygotowanymi czterema miejscami. Zastawa wyglądała na dość kosztowną, gdyż była porcelanowa, a z dzbanka wydobywał się aromat owocowej herbaty. Właścicielki jednak nie było widać.
Dalia razem z Orfundem wybrali się razem do tablicy ogłoszeń. Kobieta nieprzyzwyczajona do ciszy starała się przez drogę prowadzić przyjazną rozmowę o wszystkim i o niczym zarazem. Mówiła o kształtach chmur, o przyrodzie i o ludziach. W międzyczasie wrzuciła do tego kilka anegdotek, na temat swoich przygód w tym świecie, próbując zachować pozytywną atmosferę. Gdy w końcu dotarli na miejsce, było kilka ulotek na temat jednej sprawy. Dalia stanęła na palcach, aby do nich dostać, gdy się nie udało podskoczyła odrywając kawałek papieru. Przyjrzała mu się, odczytując treść.
-Wygląda na poszukiwania zaginionego męża. Biedna kobieta, na pewno musi być jej trudno. - brunetka westchnęła i podała ulotkę Orfundowi. - Co sądzisz? Pomożemy? Nagroda może i nie jest wysoka, ale trudno mi zostawić tę biedną kobietę w potrzebie. Słyszałam o jej problemie, jak wczoraj spotkałam się z kobietami z okolicy. - kobieta nerwowo zaczęła bawić się swoimi nadmiernie długimi włosami, czekając na odpowiedź mężczyzny. Spuściła wzrok i zaczęła robić mały dołek w piasku za pomocą czubka swojego buta. Gdy odpowiedź, którą otrzymała okazała się twierdząca, dziewczyna uśmiechnęła się promiennie do towarzysza. - To na co czekamy? Chodźmy! - kobieta wzięła mężczyznę za rękę i pociągnęła za sobą w stronę miejsca, gdzie przebywa ta kobiecina. Szybko puściła dłoń nowego towarzysza, dała się ponieść ekscytacji, ale szybko uświadomiła sobie, że zachowuje się niestosownie. Posłała Orfundowi przepraszające spojrzenie, jednak nie zepsuło jej to wcale dobrego nastroju. Myślała od jakiegoś czasu nad rozwikłaniem tego problemu, ale wiedziała, że może ryzykować zniknięciem w nieznanym miejscu. Orfund zaś wydawał się osobą, która poradziłaby sobie w głuszy i mogłaby ich oboje wyprowadzić, jakby było trzeba.
W końcu dotarli do domku, Dalia poprawiła się przed wejściem. Drzwi frontowe były otwarte, aczkolwiek brunetka nie chciała być niekurtuazyjna. Zanim dała znać o swojej obecności, spojrzała przez ramię gdzie ujrzała jeszcze dwie nietypowe figury. Zapewnie też przybyli tutaj pomóc, pomachała do nich z uśmiechem wskazując, aby dołączyli się do nich. Po tym kobieta wzięła głęboki oddech i zapukała w drzwi.
-Dzień dobry, my w sprawie zlecenia. Przepraszamy za najście! - po tych słowach Dalia poczekała chwilę na odpowiedź. Nie słysząc jej spojrzała na Orfunda i skinęła do niego głową, dając znać że wejdzie pierwsza, ale aby trzymali się razem. Fiołkowe obcasy kobiety przekroczyły próg, wchodziła powolnym, acz swobodnym krokiem obserwując wnętrze chatki. Tak też doszła do salonu, gdzie zobaczyła przygotowane miejsca. Nie chciała jednak jeszcze siadać, gdy właścicielki nie widać w okolicy.
-Dzień dobry! Jest ktoś w domu?! - krzyknęła brunetka, starając się mówić donośnie ale nie do stopnia aż bolą uszy. - Pani Elizabeth?! - kobieta dotknęła lekko opuszkami palców dzbanka, aby zobaczyć jak dawno temu była robiona herbata. Rozejrzała się ponownie, patrząc gdzie mogła zniknąć pani domu.
Podróż z Dalią do tablicy ogłoszeń minęła szybko, głównie ze względu na to, że dziewczyna ciągle o czymś gadała. Na ogół nie przepadam, za nadmiarem rozmów, ale ona była w tym na tyle szczera, że chętnie prowadziłem z nią pogaduszki o wszystkim i o niczym. Żadnych kombinacji, tylko prosta, niezobowiązująca rozmowa. Kiedy dotarliśmy i Dalia podała mi kartkę ze zleceniem, byłem pewny, że musimy pomóc. Od tego są bohaterowie i od czegoś trzeba zacząć.
-Oczywiście, że pomożemy, w końcu po to tu jesteśmy. Skoro w tym świecie mam robić za bohatera, to będę przyjmował wszelkie zlecenia, niezależnie od ich skali.-Odpowiedziałem, kobiecie. Gdy uśmiechnięta, poprosiła o pośpiech, tylko skinąłem głową i dałem poprowadzić się za rękę. Sam gest nie był niczym problematycznym, tylko… Dalia jest cholernie niska, jak mnie tak ciągnęła, to aż poczułem ból w kręgosłupie. Kiedy dotarliśmy, widziałem, że jest jej głupio, ale kiedy posłała mi przepraszające spojrzenie, machnąłem tylko lekceważąco ręką…po czym jak tylko się odwróciła, zacząłem rozmasowywać kręgosłup, lekko sycząc z bólu. Widząc, że kobieta aż pali się do działania, pozwoliłem jej po prostu robić swoje, kiedy spotkamy zleceniodawcę, wtedy nadejdzie czas ewentualnych pytań. Dalia zwróciła moją uwagę, na nowo przybyłych. Prawdopodobnie byli to inni bohaterowie, którzy chcieli zająć się zleceniem. Skinąłem do nich głową i wszedłem za Dalią do domu. Słysząc, że kobieta już oznajmiła naszą obecność dość doniosłym krzykiem, zacząłem się rozglądać po budynku. Położyłem dłoń na rękojeści miecza, przygotowując się na rozwój wydarzeń. Skoro Pani domu przygotowała się na naszą wizytę, a teraz nigdzie jej nie było, oznaczało to potencjalne kłopoty. Wyczuliłem swoje zmysły na wszelkie dziwne odgłosy i zapachy. W przypadku, gdybym zobaczył naszą gospodynię, byłem gotowy natychmiast przejść do zrelaksowanej postawy.
Ogłoszenie o zaginięciu męża Pani Elizabeth odkryła przypadkiem, podczas spaceru ulicami Carachtar. Po wczytaniu się w jego treść, dobre serce nie pozwoliło jej na przejście obok obojętnie. Tym bardziej że Seminos było miejscem, w którym to się obudziła i spędziła z tamtejszą ludnością trochę czasu. Pomagała w prozaicznych czynnościach za drobne opłaty w postaci jedzenia, a najcenniejszym co dostała, był łuk, podarowany jej po tym, jak oznajmiła, iż chce ruszyć w podróż. Te wszystkie ciepłe wspomnienia składały się na jedno — nie mogła zostawić wołania biednej kobiety bez odzewu. Dlatego też jeszcze tego samego dnia wyruszyła w podróż, podczas której nie obyło się bez narzekania wilka, zbierania owoców i unikania niepotrzebnych nikomu problemów. Chciała dotrzeć do kobiety w jednym kawałku, a wręcz musiała to zrobić, aby skutecznie jej pomóc.
Gdy w końcu znalazła się na miejscu, zauważyła tam jeszcze dwie inne osoby, z którymi przywitała się skinieniem głowy oraz podniesieniem prawej dłoni. Jej chowaniec za to przewrócił jedynie oczami.
— Myślałem, że samo szukanie męża jakiejś kobiety to słaby żart, a tu proszę. Robimy to z clownami — rzekło zwierzę, a jego właścicielka jedynie wzruszyła ramionami. Nie zwykła oceniać ludzi tak szybko, jak robił to on. Książki nie ocenia się przecież po okładce, czemu miałaby więc oceniać kogoś po tym, jak wygląda?
Jej rozmyślania szybko zostały jednak przerwane przez kobiecy głos, który dotarł do jej uszu, gdy tylko wkroczyła do domku. Zgodnie z tym, co mogła usłyszeć, wyglądało na to, iż osoby odpowiedzialnej za wystawienie ogłoszenia nie było nigdzie w pomieszczeniu. Amiel rozejrzała się więc dookoła, przystając przy jednej ze ścian. Szukała wskazówek na temat tego, gdzie Elizabeth mogła pójść. Zakładała, że po prostu schowała się w innym pomieszczeniu, przygotowując się na przybycie herosów, chociaż jedno wywoływało w niej mały niepokój. Weszli przecież przez otwarte na oścież drzwi, dlaczego więc nikt nie pilnował chatki?
Żeby pić, jak się okazuje, trzeba mieć pieniądze a te z jakiegoś powodu nie chciały się magicznie pojawiać w kieszeniach Natasha, co uważał za całkowicie bezsensowne biorąc pod uwagę okoliczności w jakich się tutaj znalazł. Przypomnę - magicznie się pojawił. Podejrzane prawda?
Zamiast jednak snuć teorie spiskowe, Natash słusznie postanowił podjąć się jednego ze zleceń, które zostało zawieszone na tablicy w mieście - był to bezsprzecznie pewien sposób na zarobek. Zerwał je więc czem prędzej i schował do kieszeni, żeby czasem po drodze nie zapomnieć dokąd to właściwie miał iść, te nazwy miast wszystkie były dla niego podobne, a przecież nie zerwałby zlecenia w akcie wandalizmu. Idąc do miejsca spotkania, zerknął jeszcze raz na zmięty papier. 5 simirów? Co on sobie za to kupi? Gumę kulkę? Rogacz westchnął cicho pod nosem. Na dobrą sprawę nie był nawet pewien czym była ta cała “guma kulka”, czyżby przebłysk z poprzedniego życia? Coś jednak mówiło mu, że była to tania rzecz.
Gdy dotarł na miejsce grzecznie zapukał w otwarte drzwi chatki i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź wszedł do środka.
Gdy dotarł na miejsce grzecznie zapukał w otwarte drzwi chatki i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź wszedł do środka. — Dzień dobry, ja w sprawie zaginionego… O, dzień dobry — Przerwał, zauważając trójkę herosów, którzy to teraz jak jeden mąż przenieśli swój wzrok na niego, być może nie spodziewając się tak nagłego pojawienia się osobnika w środku. Natash odniósł wrażenie jakby był nieco spóźniony. Przeleciał szybko wzrokiem po wszystkich osobach w pomieszczeniu. — Aha! — Pomyślał, zatrzymując swoje spojrzenie na Dalii i zbliżając się do niej
— Pani jest pewnie żoną, prawda? — Spytał z zauważalną dumą w głosie. Pierwsza zagadka rozwiązana, reszta pójdzie jak z płatka!
Zebrani w jedno miejsce herosi mogli poczuć się lekko nieswojo, przez całun tajemnicy, jaki spowijał nieobecność właścicielki. Donośne wołania Dalii na niewiele się zdały, a ostrożna postawa Orfunda, chociaż słuszna w tego typu sytuacji, mogła się zmarnować w okresie czekania na wszystkich uczestników. O ile dogryzka duchowego wilka jednej z zainteresowanych nie wywołała w mieszkaniu bójki, dopiero po nadejściu Natasha dało się w końcu zobaczyć zleceniodawcę. Gdy heros przekroczył próg, co więcej, zbliżył się do Pani Przeznaczenia, cała czwórka usłyszeć mogła skrzypienie zawiasów. Drzwi wcześniej zupełnie niepełniące swojej funkcji, które warto zaznaczyć, że otwierały się do wewnątrz, teraz w końcu odcięły wnętrze chatki od reszty świata. Odpowiedzialna za to kobieta, Elizabeth, stała przed nimi, jakby to przez ostatnie parę minut zupełnie nie ruszała się z miejsca. Czyżby chowała się za skrzydłem drzwiowym, przez to unikając wzroku rozglądających się zleceniobiorców? Nie wiadomo jak, lecz wcześniej nie została wykryta. Teraz jednak spokojnym tonem w pierwszej kolejności zaprzeczyła ostatniemu przybyszowi.
~ Obawiam się, że pana domysły zeszły na zły tor. Proszę, rozsiądźcie się i napijcie herbaty. Niestety ten skromny poczęstunek to jedyne, co mogę zaoferować na obecną chwilę poza moimi oszczędnościami.
Elizabeth odnosząc się do opłaty za zlecenie, przeszła na chwilę spokojnym krokiem do swego rodzaju kuchni, skąd przyniosła na tacy kanapki, które jakby podzielić na równo, przypadłyby po dwie na osobę, nie licząc gospodyni.
~ Poczęstujcie się, to przysmak mojego ukochanego. Chociaż nie chciałabym was poganiać, powinnam raczej przejść do wyjaśnień. Mój mąż, Frederic, jest leśniczym. Przed pięcioma dniami wyruszył jak zwykle do lasu nieopodal, by nazbierać jagód oraz grzybów. Jak się możecie domyślić... ~ w tym momencie kobieta wzięła chusteczkę, którą otarła zbierające się w oczach łzy ~ Proszę, pomóżcie mi go znaleźć...
Chatka nie była nadzwyczajna, herbata była jeszcze gorąca, a po właścicielce ani śladu nie było. Osoby, a raczej coś na rodzaj wilka z dziewczyną przypominającą owieczkę, weszli za Orfundem, co by się zgadzało z poprzednim założeniem kobiety, że byli herosami bądź też herosem, którzy wzięli udział w tym zadaniu. Dalia nie chciała roztrząsać tematu, kto między owcą a wilkiem był herosem i czy może nawet oboje.
Z lekka zniecierpliwiona kobieta zaczęła lekko tupać prawą nóżką w tylko sobie znany rytm. Wtedy to właśnie dołączył się kolejny rogaty nieznajomy. Dalia od razu skierowała swój wzrok na mężczyznę, jak tylko przestąpił próg budynku, po czym zerknęła na pozostałych towarzyszy. Czy tylko ona nie miała żadnych cech szczególnych? Na to wychodziła, bo przy nich wszystkich wypadała dosyć przeciętnie. Dlatego też nie zdziwiła się nadmiernie, gdy to nowo przybyły logicznie dosyć wywnioskował, że to ona jest Panią Elizabeth. Dalia się szeroko uśmiechnęła, było blisko jej do śmiechu, aczkolwiek powstrzymała wybuch. Rozbawiona pokręciła głową i już miała odpowiedzieć, gdy trzask drzwi ją wystraszył. Brunetka podskoczyła, chowając się za najbliższym dużym obiektem w okolicy, którym okazał się Orfund. Zza jego pleców zerknęła w stronę wejścia, gdzie ujrzała wyglądającą na tutejszą kobietę. Po plecach bohaterki przeszły ciarki, nie potrafiła sobie poukładać jakim cudem żadne z nich nie zauważyło tej damy. Zastanawiała się, jak mogła się schować w okolicy drzwi, dodatkowo dopiero wtedy Dalia zauważyła, że te są zamykane jedynie od środka. Czy to był jakiś żart ze strony zleceniodawczyni? Jak jednak wytłumaczyć nagłe pojawienie się kobiety z eteru. Dali uznała, że będzie odrobinę ostrożniejsza w tej sytuacji. Dalej zaś kątem oka rozglądała się w okolicach drzwi za odkryciem odpowiedzi na zagadkę nagłej teleportacji, gdy kobieta zaczęła mówić.
Z grzeczności Dalia uśmiechnęła się ciepło i skorzystała z propozycji pani domu. Kobieta ostrożnie usiadła przy stoliku i przyjrzała się uważniej kobiecie, starając się wyłapać coś niepasującego do widzianego przed nimi wizażu.
- Dziękuję serdecznie, to bardzo miłe, że chcę pani nas ugościć, mimo że jest Pani w ciężkiej sytuacji. – powiedziała brunetka z ciepłym uśmiechem w stronę kobiety. Dalia skinęła lekko w podziękowaniu głową na kanapki. Gdy zleceniodawczyni zaczęła się rozklejać, kobieta wstała i wyciągnęła dłoń, aby pogładzić płaczącą po wolnej dłoni.
- Proszę się nie nadwyrężać. Na spokojnie wypić herbaty i zacząć powoli, od początku. Proszę opisać dzień, w którym zniknął mąż ze szczegółami. Czy coś Panią zaniepokoiło, czy może coś słyszała o niebezpieczeństwie w okolicy? Czy mąż zachowywał się inaczej? I oczywiście czy Pani pamięta, w którym kierunku konkretnie szedł tego dnia oraz jaka była wtedy pogoda. Najmniejszy nawet szczegół, może czasami wiele pomóc. – Dali uśmiechnęła się współczująco do kobiety. Mówiła spokojnym, cichym, acz ciepłym tonem starając się dodać otuchy Elizabeth.
Pozostali herosi byli… no cóż, z braku słów można powiedzieć, że byli unikatowi. Byłem ciekaw, jak będzie nam się współpracowało. Jednocześnie, całe to pojawienie się gospodyni znikąd spowodowało u mnie zaskoczenie. Miałem złe przeczucia co do niej. Nie podobało mi się, że udało jej się ukryć przed całą naszą czwórką. Dalia, kiedy kobieta pojawiła się znikąd, ukryła się za mną, co potwierdziło moje podejrzenia, że szukała kogoś, kto będzie stał między nią a zagrożeniem, nie przeszkadzało mi to bo przecież i tak właśnie taką rolę planowałem pełnić. Śledząc rozwój wydarzeń, kiedy Dalia wyszła zza mnie i poszła rozmawiać z Elizabeth, oparłem się o ścianę i zacząłem w ciszy przysłuchiwać się rozmowie. Nie mogłem oddalić od siebie uczucia, że ta kobieta nie jest, tym kim się wydaje, więc wolałem zachować ostrożność. Byłem gotowy w każdej chwili skoczyć między rozmawiające, gdyby coś poszło nie tak. Przyjrzałem się dokładnie gospodyni w trakcie rozmowy. Byłem ciekaw czy jej rozpacz jest prawdziwa i czy łzy nie okażą się krokodylimi. Zainteresowałem się też, tym co powiedziała o mężu. Skoro był leśniczym, nie było mowy o tym, że w tym lesie się zgubił. Albo coś mu się tam stało, albo też do tego lasu nigdy nie dotarł. Rozejrzałem się po izbie, po raz kolejny szukając wszelkich możliwych nieprawidłowości i udziwnień. Czy kobieta ukrywała coś więcej w tym domu, niż wydawało się na pierwszy rzut oka?
Nie minęło dużo, nim kolejna, już czwarta, osoba przekroczyła próg domku. Nieszczęśnik niestety nie słyszał nawoływań długowłosej dziewczyny, myląc ją ze zleceniodawczynią. Cała ta sytuacja wydała się Amviel tak komiczna, że ta zasłoniła dłonią usta wygięte w szerokim uśmiechu. Roześmiane oczy jednak bez trudu zdradzały jej emocje, o czym wyraźnie zapomniała. Wilk zaś przyglądał się tej sytuacji z boku, ze znudzenia przewracając oczami.
Niedługo po tym drzwi chatki zamknęły się, a Pani Elizabeth ukazała się zebranemu w pokoiku towarzystwu. Owieczka rozejrzała się po pomieszczeniu jeszcze raz, próbując przywołać w pamięci obraz drzwi i tego, jak daleko od ściany znajdowało się skrzydło jeszcze nie tak dawno. W końcu dziwnym był fakt, że nikt wcześniej gospodyni nie zauważył. Mimo wszystko, podążając śladami swojej przyszłej koleżanki z drużyny, powoli podeszła do stolika i zajęła przy nim miejsce. Nie wyciągała jednak dłoni po poczęstunek. Czekała, aż zrobi to ktoś inny, nie chcąc narazić się na niemiłe skutki. Zachowanie zrozpaczonej damy było… dziwne. W tym momencie ciężko było ocenić jej zamiary.
— Nie musiała nas Pani gościć, dlatego proszę nawet nie przepraszać za skromność — po wypowiedzeniu ów zdania znów zamilkła, dając prowadzić konwersację bardziej doświadczonym w tym osobom. Cóż, w tym wypadku osobie. Sama czekała na odpowiedź ze strony Elizabeth, bez poznania szczegółów nie będą przecież w stanie odnaleźć jej męża. Najlepiej, gdyby kobieta podała im też miejsca lasu, w których najczęściej bywał. Natłok pytań może jednak ją przytłoczyć, dlatego to jedno może jeszcze poczekać. Przynajmniej, aż nie odpowie na wcześniejsze.
Elizabeth, po próbie uspokojenia przez Dalię, uśmiechnęła się do niej niemrawo. Mimo że oczy dalej wykazywały żal i zmęczenie, widać było w mimice kobiety wdzięczność. Z podobnym wyrazem twarzy skierowała się ku herosce z wilkiem. Wydawało jej się, że pozostała dwójka, bacznie obserwując sytuację, nie wykazała się taką wrażliwością jak dziewczyny. Za namową najbardziej zwyczajnej z wyglądu panienki, trzęsącymi rękoma nalała sobie do filiżanki herbaty.
~ Dziękuję za wasze słowa, ale teraz powinnam przejść do rzeczy. Kiedy zniknął mój mąż, nie działo się nic dziwnego. Jak zwykle przechodził przez najbliższe wyjście z wioski, przynajmniej nigdy nie chwalił się inną trasą, więc tak przypuszczam. Nie... nie wydaje mi się, żeby był jakiś inny, jak zwykle zjadł śniadanie przed wyjściem... Przepraszam, nie zauważyłam nic dziwnego. Było raczej słonecznie, boję się tylko, że...
W tym momencie na chwilę się zatrzymała z wyjaśnieniami. Rozejrzała się po wszystkich uczestnikach, po czym lekko nastroszyła uszy, jakby wyczuła zagrożenie. Rzuciła jeszcze okiem na ściany ich otaczające, po czym napiła się, niemal nie rozlewając zawartości filiżanki, by się uspokoić.
~ Niedawno zaginęła również sąsiadka z niedaleka. Nie wiem, co się z nią stało, niedawno się tu wprowadziła, więc... nie znałam jej za dobrze. Nie chcę nawet wiedzieć, co jeśli jego spotka to samo?
Ponownie przestała mówić, by przejść się niespokojnie do kuchni i wrócić z wiklinowym koszem, do którego pospiesznie zapakowała przygotowane wcześniej przysmaki, po czym podała je Dalii, która to wykazała się wobec niej największym do tej pory współczuciem.
~ Mogę na was liczyć? Im dłużej go nie ma, tym bardziej... Proszę, przy najbliższym wejściu powinni teraz stać i pilnować... koledzy Frederica. Oni was pokierują tam, gdzie mógł się udać. Ja... niestety nie znam na tyle lasu.
W swojej głowie Dalia westchnęła z ulgą. Elizabeth wydawała się pogrążoną zmartwieniem mężatką, co zgadzało się z informacjami, jakie posiadała. Wysłuchała spokojnie słów kobiety, patrząc na nią ze współczuciem. Z grzeczności, wzięła mały łyk herbaty, chociaż żołądek robił fikołki. Nie mogła z siebie wypędzić poczucia zaniepokojenia.
Nagle czarnowłosa zatrzymała swój tok wypowiedzi, co przyciągnęło uwagę Dalii. Ta podążyła za wzrokiem kobiety. Starała się dostrzec, co mogło właśnie teraz, tą młodą wystraszoną kobiecinę zaniepokoić. Dalia lekko pogłaskała kobietę po dłoni i ją ścisnęła, próbując dać otuchy, gdy ta odstawiła filiżankę. Dalia z zainteresowaniem słuchała o zaginięciu sąsiadki. To był interesujący kawałek informacji. Spojrzała po reszcie herosów czy też byli tym równie zainteresowani co ona sama.
Gdy Elizabeth wstała, Dalia rozejrzała się dokładniej po ścianach, a także widokiem za oknem. Wolała na wszelki wypadek nie pominąć niczego. Brunetka otrzepała się lekko i wstała, aby pomóc młodej damie z koszykiem.
- Dziękujemy serdecznie. Mogę przyrzec, że zrobię co w mojej mocy, aby znaleźć Pani męża. Proszę czekać na wieści i uważać na siebie. – Dalia uśmiechnęła się promiennie w stronę kruczowłosej, starając się poprawić trochę nastrój. – Czy mogę jeszcze zadać dwa małe pytanka? Gdzie dokładnie mieszkała ta sąsiadka? A także jak poznamy kolegów męża? Na pewno przychodzili w odwiedzinach do męża, więc chyba panienka ich chociaż raz widziała. – Dalia wolała się upewnić, że spotkają się z odpowiednimi ludźmi. Nie chciała przypadkiem, aby wyszli na amatorów, którym bądź co byli. Dodatkowo może jak odwiedzą chatkę zaginionej kobiety, to może tam coś odkryją.
Czekałem na rozwój sytuacji bez słowa. Ta kobieta dalej była dla mnie podejrzana, ale stojąc w miejscu nic się nie dowiemy. W końcu kobieta powiedziała nam coś przydatnego w śledztwie. Coś, co mogliśmy wykorzystać by dotrzeć do sedna tej sprawy. Kiedy gospodyni powiedziała o zaginionej sąsiadce, uznałem, że jest to informacja godna zapamiętania. Jednocześnie skupiłem się na wzmiance o oczekujących kolegach. Zdziwił mnie fakt, iż mieliby wiedzieć, gdzie konkretnie poszedł zaginiony mężczyzna. Z jednej strony rozumiałem, iż tutejsi leśnicy i myśliwi mieli swoje ulubione miejsca do zbieractwa i polowań. Ale konkretna trasa? Nie ma szans, aby mógł przynosić ciągłe zapasy pożywienia, musiał ciągle zmieniać miejscówki. Cała ta sprawa nie trzymała się za kupy. Miałem w sumie dwa pytania do Elizabeth i postanowiłem je zadać. Kiedy Dalia zadała swoje pytania, wtrąciłem:
-Przepraszam, że się wtrącam, ale sam też mam jeszcze kilka pytań. Czy Pani mąż widywał się z zaginioną sąsiadką? Może znali się i sam poszedł jej poszukać, a Pani nie powiedział nic aby nie dokładać zmartwień?- zapytałem, po czym przyjrzałem się twarzy kobiety, starając się odszyfrować jej reakcję.-Proszę mi także powiedzieć, czy Pani mąż był w miasteczku lubiany? Może miał z kimś jakąś zwadę albo za kimś nie przepadał?Cierpliwie czekałem na odpowiedź, w takich wioskach, ukrywana nienawiść między sąsiadami to norma. Czasami, ktoś tylko czeka aby znienawidzony, wyruszył w odludne miejsce, a potem sam wypada z siekierą na nieszczęśnika. Wydawało mi się, także że zaginiona sąsiadka będzie ważnym elementem śledztwa, ale chciałem dowiedzieć się więcej.
Zmarszczyła brwi, gdy Elizabeth przerwała swoją wypowiedź i nastroszyła uszy. Czyżby usłyszała coś, czego oni nie byli w stanie? Amviel przesunęła wzrok na wilka, aby upewnić się, czy może on przypadkiem niczego nie usłyszał, jednak szybko ponownie skupiła uwagę na gospodyni domu. Pewnie nic się nie działo, a spanikowana kobieta boi się już najmniejszych stukotów. Nie zamierzała jednak głośno tego komentować, a jedynie wysłuchała w spokoju reszty wypowiedzi uszatej damy. Następnie słów jej przyszłej towarzyszki i jednego z towarzyszy. Przewróciła nawet oczami, gdyż dotarło do niej, iż czekanie na koniec lawiny pytań jest bezcelowe i lepiej, jeśli dorzuci swoje do tej wielkiej kupy.
— Czy mąż wspominał kiedyś może jaką trasą najczęściej chodził? Rozumiem, że Pani sama nie zna na tyle lasu, jednak może powiedział kiedyś o jakimś konkretnym miejscu w kniei, w które regularnie się zapuszczał? Takie, w którym było najwięcej owoców lub grzybów, skoro to głównie po te rzeczy tam chodził — wypaliła zaraz po jegomościu obdarzonym rogami. Albo przynajmniej czymś, co tak wyglądało. Być może takie wtrącenie się w środek czegoś, co zaczynało przypominać konwersację, bez żadnego większego przeproszenia było co najmniej nietaktowne, jednak Owca nie mogła pozwolić sobie na nie zadanie tego pytania. Uważała je za jedno z ważniejszych w całym tym dochodzeniu. W końcu mieli odnaleźć zaginionego, wypadałoby więc znać jego zwyczajowe ścieżki.
Przez dłuższą chwilę jedynie stał obok słuchając, co ma im do powiedzenia zleceniodawczyni, która to jak się okazało cały czas znajdowała się w środku chatki. Początkowo miał nieco zmarszczone brwi i czuł pewną nieufność w stosunku do niej, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że pojawiając się nagle za jego plecami poczuł jak przeszedł go dreszcz. Słuchając z zaskakującą jak na niego uwagą zerkał po kolei na twarze osób, które zadawały pytania, by zaraz z niecierpliwością zacząć krążyć powoli po pomieszczeniu. Wziął do ręki jedno ze wspólnych zdjęć małżeństwa, które stało na półce. Miał zamiar pożyczyć je na tę wyprawę.
— I co ważne, jak był ubrany? — Dodał na koniec do puli pytań, które zasypały Elizabeth. To mogło również okazać się ważną informacją. Pytanie losowych napotkanych ludzi, czy są mężem kobiety, mogłoby być uciążliwe. Równie nieprzyjemne mogłoby się okazać przyniesienie do domu losowego trupa znalezionego w lesie.
Natash praktycznie był już gotowy do wyjścia, stanął już nawet najbliżej ze wszystkich do otwartych drzwi. Czekał jedynie na odpowiedzi Pani Elizabeth i powoli w głowie przygotowywał jakieś pokrzepiające pożegnanie, żeby nie wyjść na całkowitego buraka.
Elizabeth mogła wydawać się spanikowana, można uznać nawet, że paranoiczna. Zniknięcie męża widocznie wpłynęło na jej stan. Zanim jednak spróbowała wyprowadzić już czwórkę zleceniobiorców, by szybciej zajęli się zadaniem, pojawiły się kolejne pytania.
~ N-nie, skąd. Nie widywał się z nią, przynajmniej nigdy się nie chwalił. ~ odparła w miarę pewna siebie ~ Tak w zasadzie, mieszka na drugim końcu wioski.
Tym tekstem zaznaczyła poniekąd, że słowo sąsiadka wiązało się jedynie z faktem, iż mieszkają, tudzież mieszkali, wspólnie w Seminos. Drugie pytanie smoczego mężczyzny lekko rozgniewało kobietę, która już w tamtym momencie była wystarczająco zestresowana.
~ Proszę się nie zgrywać w ten sposób. Frederic należy do naszych najlepszych leśniczych, zawsze stara się być hojny i dzielić tym, co znajdzie w lesie, jak nam zostanie. To niedorzeczne, by miał jakichś wrogów.
Na samym końcu, pytanie Dalii i później Natash’a nieco uspokoiła zbulwersowaną panią domu. Odparła więc poniekąd zbiorczo.
~ Jak mówiłam, będą stać przy najbliższym wyjściu do lasu. Mieli… mają skórzane, tak, skórzane tuniki tak, jak mój mąż, ubrani na czarno i… zielono. Większość leśniczych się tak ubiera… chyba, przynajmniej tamta dwójka… i Frederic. Oni będą wiedzieć więcej o tym, gdzie dalej mógł się udać. Przepraszam, jeśli to nie tego oczekiwaliście.
Odparła młoda kobieta, licząc po części na to, że to już wszystkie pytania, gdyż obawiała się, jak bardzo może nie być w stanie odpowiedzieć.
Każdy z zebranych dołożył pytanie od siebie, uzupełniając w ten sposób mentalną listę potrzebnych informacji dotyczących tej sprawy. Dalia lekko kątem oka zerkała na towarzyszy. Orfunda pytanie było dosyć obcesowe, ale ważne dla sprawy. Całe szczęście brunetka nie musiała sama go zadawać. Reakcja kobiety jednak wiele na ten temat powiedziała, mężczyzna więc albo nie miał wrogów, albo sama Elizabeth nic o tym nie słyszała. W końcu jej mąż mógł być świadkiem czegoś, co mogło nawet na nią samą sprowadzić niebezpieczeństwo. Różne rzeczy dzieją się w lasach.
Kobieta wsłuchiwała się uważnie w opis kolegów panienki, kiwając lekko głową. Na pewno dzięki tej serii pytań zdobyli kilka ważnych informacji. Po pierwsze mężczyzna ma na imię Frederic, po drugie ma strój charakterystyczny do wykonywanego zawodu, po trzecie pełnił ważną funkcję w wiosce jako leśniczy, ostatnią informacją jest to, że inne zaginięcie też miało miejsce wcześniej.
- Dziękujemy, każda informacja się nam obecnie przyda. Czy może nas Panienka odprowadzić do drzwi i wskazać kierunek, w którym jest chatka zaginionej sąsiadki oraz którędy jest najbliższe wyjście do lasu względem pani wiedzy? Bardzo bylibyśmy wdzięczni. - Dalia poprawiła koszyk zawieszony na ramieniu, aby go nie zgubić i zaczęła iść do wyjścia. Tam też, jeżeli Elizabeth wskazała, zaczęła powoli iść w stronę wyjścia do lasu, jeśli zaś nie to rozejrzała się za najbliższą drogą w stronę kniei. Poczekała oczywiście na swoich nowych towarzyszy. Gdy upewniła się, że czarnowłosa ich już nie usłyszy, zwróciła się do reszty z zapytaniem technicznym.
- Proponuję, aby wpierw zająć się kolegami pana Frederica. Dopytać ich o więcej informacji i podjąć decyzję czy zbadamy jeszcze chatkę zaginionej „sąsiadki”, czy może udamy się do lasu. Co uważacie? - kobieta, zadając pytanie, dostosowała swoje tempo do grupy, rozglądając się po wiosce, a konkretnie szukając wyjścia i ubranych na czarno-zielono osób.
Reakcja kobiety trochę mnie rozbawiła, co dziwnego było w moim pytaniu? Chce naszej pomocy, to niech odpowiada na pytania. Każdy zawsze chce widzieć swoich bliskich w perfekcyjnym świetle, szczególnie kiedy martwią się o to, że stanie się im potencjalna krzywda. Po wysłuchaniu wszystkiego, co kobieta i Dalia miały sobie do powiedzenia, skierowałem się za towarzyszką do wyjścia, przy drzwiach tylko skinąłem gospodyni głową na odchodne. Po wyjściu na zewnątrz i po tym, jeśli kobieta wskazała im kierunek, zacząłem kierować się w stronę wyjścia z lasu. Jeśli nie wskazała, uznałem, że pora najlepiej będzie zacząć od kolegów zaginionego. Nie ufałem perfekcyjnemu obrazowi zaginionego, zamierzałem wykorzystać swój wygląd, którego, swoją drogą, ludzie zawsze na początku się boją, aby zmusić ich, do ewentualnego puszczenia pary o sytuacji lub powiedzenia więcej niżby chcieli. Kiedy Dalia odezwała się, że chciałaby zacząć od znajomych Frederica, od razu skinąłem głową. Idealnie się złożyło.
-Tak, zacznijmy od nich. Chciałbym z nimi zamienić kilka słów. Szczególnie że zwykli ludzie z reguły panikują na mój widok. No wiecie, to przez te rogi i łuski. Znacie to uczucie, nie?- wskazałem na części ciała, o których była mowa, jednocześnie zwracając się do pozostałych rogaczy, których imion nie poznałem.-Jeśli coś ukrywają, to z nich to wyciągnę. Swoją drogą, jestem Orfund.- uśmiechnąłem się szeroko, pewny siebie.
W ciszy wysłuchała odpowiedzi Elizabeth na każde zadanie przez nich pytanie, krzywiąc się lekko, gdy ta się zdenerwowała. Rozumiała jednak, że zleceniodawczyni mogła być zestresowana, dlatego też nie uznała tego za jakąś poszlakę, albo dowód na to, że zostają właśnie wplątani w coś dziwnego. Ot, reakcja kobiety, która prawdopodobnie straciła właśnie męża i desperacko próbuje odtrącać od siebie tę myśl. I Amviel w jakiś sposób to rozumiała, pewnie zachowywałaby się tak samo, będąc w podobnej sytuacji.
Nim zdążyła jakoś zareagować na słowa, które przed chwilą usłyszała, dziewczyna, która w większości prowadziła rozmowę, już zdążyła zbliżyć się do drzwi, podobnie zresztą mężczyzna z pokaźnymi rogami. Owca więc czym prędzej dołączyła do nich, aby tylko nie zostać w tyle, lekko kłaniając się w stronę zleceniodawczyni jeszcze zanim zdążyła wyjść za próg chatki.
— Myślę, że jeśli chcemy zbadać dom sąsiadki, to lepiej zrobić to teraz, niż później się tam wracać będąc już przy wejściu do lasu — rzuciła, aby zwrócić uwagę na ten aspekt, który poprzednia dwójka zdawała się pominąć. — Osobiście najpierw skierowałabym się właśnie tam, aby zebrać jak najwięcej informacji, może jakoś połączyć te zaginięcia — dodała jeszcze, dłonią pośpieszając wilka, który został w tyle. Uważała, że lepiej zebrać informacje i dopiero później udać się do znajomych Frederica. Coś z tyłu głowy podpowiadało jej, że gdy będą już przy lesie, przypadkiem mogą zrezygnować z wizyty u sąsiadki tylko dlatego, że będą musieli się tam wracać, a knieja będzie obok nich.
— Nikt nie boi się moich rogów — odpowiedziała przedmówcy, sięgając dłonią do swojego poroża, aby delikatnie go pogładzić. — Kwestia różnicy w wyglądzie, tak zgaduję — zakończyła poprzedni wątek, zanim przeszła do kwestii przedstawienia się. Dziwne, że nie zrobili tego przy Elizabeth, aby ta wiedziała, kogo w ogóle zatrudnia do pracy. — A na imię mi Amviel, miło mi was poznać
Widząc, że reszta towarzyszy również zbiera się już do wyjścia uśmiechnął się szeroko do Elizabeth.
— Wrócimy z wieściami nim się Pani obejrzy. — Rzucił wychodząc na zewnątrz a w myślach dodał jeszcze “Jakiekolwiek by one nie były”. Po co miałby mówić to na głos, skoro rozwścieczona kobieta jeszcze mogłaby im na koniec za takie nieprzyjemności nie zapłacić?
Jego celem, jak wyraźnie zaznaczyła wielkoucha mieli być teraz koledzy zaginionego, którzy być może mogli powiedzieć im więcej szczegółów na temat zaginięcia. Popatrzył znowu po osobach, które to miały towarzyszyć mu w tym wielkim dochodzeniu i zaśmiał się szczerząc zęby, jakby wręcz chciał się pochwalić jakie są ostre, gdy usłyszał nawiązanie do rogów. Rzeczywiście trzy osoby były tutaj posiadaczami takiej części ciała.
— Zdarza się, choć to chyba nie tylko kwestia rogów. — Puścił oczko mężczyźnie. Zarówno Orfund i Natash byli dodatkowo dość dużymi osobnikami a to mogło rzeczywiście przerażać co niektórych.
— Natash. — Przyłożył palce do czoła w geście salutowania, przedstawiając się nowym kolegom i koleżankom, po czym odwrócił się i zaczął iść prosto w stronę lasu. Po chwili dopiero zatrzymał się i odwrócił zauważając, że reszta jeszcze rozmyśla nad planem działania.
— Nie chcę być chujem, ale nie płacą nam za szukanie sąsiadki. — Przekrzywił nieco głowę ze skwaszoną miną, dając wyraźnie do zrozumienia, że wolałby od razu wejść do lasu. Skrzyżował jeszcze ręce przed klatką piersiową, wyglądał jakby się bardzo niecierpliwił.
— Z resztą okoliczności są tak podobne, że mogę założyć się o 2 simiry z przyszłej wypłaty, że jeśli znajdziemy starego, to znajdziemy i sąsiadkę. — Jego oczy zabłyszczały. Gdyby miał przy sobie jakiekolwiek monety, to jedną z nich właśnie podrzuciłby do góry. Niestety musiał zadowolić się jedynie zachęcającym uśmiechem.
Cóż, nadeszła ta wiekopomna chwila. Świeżo upieczeni herosi opuścili w końcu dom osoby, która zatrudniła ich usługi. O ile Amviel nie zdecydowała się na własną rękę poszukać wskazówek w domu zaginionej sąsiadki, cała czwórka mogła się nareszcie udać w stronę najbliższego wyjścia z wioski. Elizabeth, na prośbę uczestników, w ramach ostatniej przysługi wskazała im ścieżkę, a także kierunek, jaki powinni obrać, a sama podróż nie trwała dłużej niż dziesięć minut szybkim spacerkiem. Gdy dotarli, mogli zauważyć kamienny łuk, pełniący funkcję swego rodzaju bramy, a także ruiny murów, które być może niegdyś chroniły tę wioskę lepiej przed zagrożeniami z zewnątrz niż obecnie. Poza tymi strukturami, w oczy rzucić im się mogła dwójka mężczyzn, którzy żartowali sobie z czegoś, dopóki nie zauważyli tej dość niecodziennej grupy. Czwórkę, o ile wcześniej się nie rozdzielili, przywitał ten wyższy, podając dłoń Orfundowi, który mimo wszystko przerastał go co najmniej o głowę.
~ No proszę proszę, nie spodziewałem się, że w tych stronach zobaczymy jeszcze kiedykolwiek nieznajome twarze. Chociaż patrząc po waszych nietypowych atrybutach, jesteście tu raczej za zarobkiem, a niżeli by pozwiedzać i podziwiać okoliczną przyrodę, mam rację? ~ zapytał się mężczyzna po czym, nie dając jeszcze nikomu dojść do słowa, odparł ~ Zanudziłbym was trochę opowieściami albo wypytał o wasze, jednak zakładam, że ktoś tutaj wydał niezłą fortunę, by was zatrudnić. Kto to był?
Chociaż zarzucił głupim pytaniem, jego kolega szybko go szturchnął, po czym wskazał na koszyk trzymany przez Dalię. Niższy kompan z westchnieniem zapytał się już w dużo bardziej kumaty sposób.
~ Szukacie Freddy'ego, prawda? Darujcie sobie, nikt nie przetrwałby w tym lesie nocy, nie mówiąc o tygodniu. Jeśli mogę was o coś prosić, odejdźcie z wioski i nie róbcie Elizie złudnej nadziei za marne grosze. Branie pieniędzy od wdowy, czy to aby na pewno heroiczne?
Większość grupy była za przejściem do leśniczych, tak też Dalia była zadowolona. Nie musieli się rozdzielać, ponieważ zagłosowała większość. Owieczka miała jednak trochę racji, ale nie na tyle, aby zniechęcić grupę.
-Z kolei skąd wiemy jak długo, dwójka kolegów Frederica będzie pod bramą. Dom poczeka, ludzie zaś mają swoje własne dzienne obowiązki. Jeżeli jednak tego pragniesz, możemy się rozdzielić i spotkamy się przy wejściu do lasu. - powiedziała kobieta z zamyśleniem. Może to by było jakieś rozwiązanie, w końcu w domu sąsiadki raczej nic się niebieskowłosej nie stanie. Dalia miała przynajmniej taką nadzieję. Gdy wszyscy się przedstawili, na samym końcu kobieta zdała sobie sprawę, że sama tego nie zrobiła. Położyła wolną dłoń na piersi i lekko zgięła kolana w eleganckim ukłonie w stronę nowo poznanych.- Możecie mi mówić Dalia i mam nadzieję, że nasza współpraca okaże się owocna. - kobieta obdarzyła grupę uśmiechem i zaczęła podążać za Natashem, który wyparł na przód. Gdy dojrzała piękny łuk, a pod nim średniej urody mężczyzn, wiedziała, że trafili w dobre miejsce. Przyjrzała się uważnie domniemanym leśnikom, starając się ocenić rodzaj osób, jakimi są, w końcu ubiór i sposób obnoszenia się wiele mówi o człowieku. Starała się jednak jedynie zerkać, aby nie być nazbyt oczywista. Zdziwiła się z lekka, widząc jak jeden z Panów, z radością i odwagą przywitał Orfunda. Uniosła lekko brew w jego stronę. Chyba obecni tu panowie nie byli wzruszeni aurą postawnego mężczyzny. Wysłuchała mężczyzn ze spokojem i pogodnym wyrazem twarzy. Gdy ci jednak zwrócili się w ich stronę już mniej przyjaźnie, kąciki ust Dalii poszybowały bardziej w górę, a oczach pojawił się stalowy połysk.
- Nie uważacie Panowie, że to wy jesteście zimni i nieczuli. Czego ja jednak mogę się spodziewać po mężczyznach? - kobieta lekko przewróciła oczami - Za nic nie rozumiecie serca biednej kobiety kochającej swojego męża. Ona nie przestanie, dopóki nie zobaczy dowodu. - dziewczyna tupnęła nogą, podkreślając swoje następne słowa - Powtarzam. Dowodu na śmierć męża. Wolicie, aby ktoś się podszył pod Frederica i zabrał jej resztkę kosztowności, a potem zachęcił do spotkania nie wiadomo gdzie i nie wiadomo co jej zrobił? Chyba że to jest wasz plan? Wiem, że Elizabeth jest śliczna i młoda, ale żeby mieć takie myśli o żonie kolegi? - kobieta przyjrzała się mężczyznom z góry do dołu z lekkim zniesmaczeniem na twarzy. Po czym przeszyła najbliższego wzrokiem. - Jeśli wszystko, co powiedziałam, jest jednak nieprawdą. To na pewno nam, czyli Herosom, którzy jak sądzę, bardzo dobrze poradzą sobie z niebezpieczeństwami w lesie, pomożecie. Powiecie co wiecie na temat tej sprawy, a my nie powiemy ludziom w wiosce, że utrudniacie nam pomoc biednej młodej wdowie, która odchodzi od zmysłów. Co wtedy ludzie pomyślą? - brunetka uśmiechnęła się wesoło, jednakże uśmiech ten był bardzo niepokojący na tle jej słów.
Byłem delikatnie zaskoczony tym, że jeden z tych gości, miał odwagę się przywitać, ale uznałem, że można odwrócić to na swoją korzyść. Ścisnąłem jego wyciągniętą dłoń. Słysząc słowa jego szczurowatego kolegi, włożyłem w uścisk, trochę więcej siły niż powinienem, ale bez przesady. Nie planowałem, jeszcze połamać mu palców, więc po chwili puściłem jego dłoń. Tyrada Dalii trochę mnie zaskoczyła, ale kobieta poruszyła dobre argumenty i w cwany sposób próbowała zmusić ich do wygadania się. Uznałem, że podejmę jej grę. Spojrzałem na Dalię z udawanym wzburzeniem.
-Cóż, nie uważam, że to coś, czego można spodziewać się po mężczyznach, nieczułość to nie cecha męska. Tylko ludzka.- Ominąłem postawnego mężczyznę i stanąłem przed mniejszym mężczyzną, który zdecydowanie był bardziej wygadany. Spojrzałem na niego z nieukrywanym obrzydzeniem.
-A co ty możesz wiedzieć o heroizmie co? Stoisz sobie spokojnie przy bramie ze swoim koleżką w zaskakująco dobrym humorze, kiedy twojego przyjaciela cholera wie co może rozrywać na strzępy. Jego żona, przerażona o zdrowie swojego męża, wynajmuje ludzi, którzy mają większe jaja niż wy dwaj razem wzięci i chcą jej pomóc a ty stoisz i pierdolisz o tym, żeby nie dawać jej nadziei. A może stoisz tutaj, żeby upewnić się, że Frederic nie wróci, co? Rzygać mi się chce jak na was patrzę. Zamiast próbować nas zatrzymać, powinieneś nas zaprowadzić tam, gdzie ostatni raz go widziałeś. I zrobisz to…- oparłem ciężko dłoń o ramię mężczyzny-...bo inaczej sam cię tam zaciągnę i zostawię na pożarcie tego, czego tak bardzo się boisz.-Puściłem go. Wystarczyło tych gróźb na ten moment. Odsunąłem się tak, aby widzieć ich obu i założyłem dłonie na piersi. Śledztwo, śledztwem, ale te rozmowy nie prowadziły do niczego. Jeśli zaginiony był w niebezpieczeństwie rozmowy były tylko stratą czasu.
-Do roboty chłopaki, wskażcie mi gdzie zniknął ten człowiek, a może nawet pokuszę się, aby postawić wam piwo w karczmie, jeśli się do czegoś przydacie.- Uznałem, że pora dać im trochę marchewki, a nie samego kija.
Nie miała najmniejszego zamiaru oddzielać się od grupy. Nawet jeśli znalazłaby coś w domu sąsiadki, odnalezienie później grupy w środku lasu mogło być problematyczne. A z tym nie chciała się męczyć, nie kiedy na szali były życia bezbronnych ludzi. O herosów się nie martwiła, przeczuwała, że ci daliby sobie radę.
— Przestań myśleć, że to dziecko zrobiłoby coś samodzielnie — odpowiedział wilk, na pytanie o chęć oddzielenia się od reszty. Był znudzony całym tym teatrzykiem, co wyraźnie dało się usłyszeć. Do tego obrócił się tak, aby lewitować plecami do dołu i oglądać niebo. Twarz owcy na moment przybrała czerwonego koloru, szybko jednak wracając do poprzedniego stanu. Mimo wszystko dłuższą chwilę wyglądała, jakby wahała się, czy w ogóle chce coś dodać do wcześniejszego zdania.
— Przepraszam — powiedziała w końcu, co prawda cicho, a do tego nerwowo poprawiła włosy. Wilk wplątywał ją w masę nieprzyjemnych rozmów, jednak nigdy jeszcze nie zawstydził jej tak bardzo.— Mimo wszystko wilk ma rację, nie mam zamiaru oddzielić się od grupy. Szybciej i bezpieczniej wykonamy powierzone nam zadanie, jeśli będziemy trzymać się w grupie —dopowiedziała, nijako rozwijając słowa jej chowańca. Po tym wszystkim zamilkła i w ciszy szła razem z innymi w stronę wejścia do lasu.
Gdy wreszcie dotarli na miejsce, oczom Amviel ukazało się coś wyglądającego jak ruiny muru. Tak, jakby kiedyś wioska była samodzielną fortecą, ale ktoś niewystarczająco dbał o to, aby taki stan rzeczy pozostał na dłużej. Biorąc pod uwagę obecne wydarzenia w tej krainie, nastolatce wydawało się naprawdę przykre. Bo czy taka budowla nie pozwoliłaby mieszkańcom chronić się przed potworami, czyhającymi w lesie? Rozmyślania jednak przerwały słowa jednego ze strażników. Człowieka niezwykle nieprzyjemnego, przynajmniej w oczach heroski. I widocznie nie tylko jej, gdyż Dalia wraz z Orfundem sprawnie wypunktowali strażników. Jak jednego, tak i drugiego. Choć szczerze mówiąc, czy czymś złym były słowa tego, który dbał o majątek Elizabeth? Dla Owieczki nie brzmiało to, jakby miał złe intencje, ale rozumiała też punkt, który wskazała druga heroska — kochająca kobieta potrzebuje dowodu na śmierć, inaczej już zawsze będzie żyła w złudnej nadziei.
— Proszę dać nam tylko wykonać nasze zadanie. Nikt nie może być pewny, że Pan Frederic zginął, dopóki nie zostanie to udowodnione. Może być wręcz przeciwnie, a on właśnie czeka na ratunek, który, jak widać, nigdy nie nadszedłby ze strony jego jakże wiernych kolegów — dopowiedziała do tego wszystkiego, a lekko zirytowany ton głosu przy końcówce wypowiedzi, sprawił aż, że wilk szerzej otworzył oczy, jakby nie dowierzając temu, co właśnie usłyszał.
Spacer do bramy był krótki, o dziwo póki co wszyscy wydawali się być całkiem entuzjastyczni i tak jak też sądził, bez żadnego problemu udało się im rozpoznać kolegów z pracy zaginionego. Gdy jeden z nich zagaił i podszedł by się przywitać, wszystko wskazywało na to, że będzie to sympatyczna rozmowa. Całe szczęście, że o jej przebieg Natash nie zdążył się z nikim założyć, bo absolutnie nie spodziewał się tak nagłego wybuchu. Zanim zdążył jednak spytać o cokolwiek, Dalia chwyciła mocno leśniczego za słowa, które wypowiedział i nie zamierzała szybko odpuścić. Natash otworzył jedynie usta, tak jakby usilnie próbował wcisnąć się gdzieś między zdania. Chciał jakoś zasugerować nowo poznanej koleżance, Dalii, żeby ta spróbowała się może trochę uspokoić, póki nie dostaniemy żadnych ważnych informacji, jednak zanim jakikolwiek dźwięk padł z jego ust w tej konwersacji, pałeczkę przejął Orfund…
— Łoooł! Już, czego się wszyscy rzucacie?! Spokój! — Podniósł wreszcie głos wchodząc w słowa rogaczowi. Był widocznie spięty, wręcz gotowy do walki tu i teraz. Aż dziwne, ale chyba czuł, jakby bardziej stał w tej chwili po stronie leśników, niż swojej grupy. Może i fakt, że jeden z nich odradził im wyraźnie szukania Frederica, było dość podejrzane ale to nie był powód, żeby od razu tak na nich najeżdżać. Co za ironia, że to właśnie Natash ze swoimi skłonnościami do chaosu i rozrób, okazał się być głosem rozsądku. Albo i nie?
— Jestem już wkurwiony, więc może lepiej załatwmy to szybko. — Natash podchodząc do drugiego, wyższego leśniczego wydawał się być jakby większy i bardziej napięty niż jakąś minutę temu jak dzikie zwierze, które próbuje pokazać swoją dominację.
— Powiedz mi łaskawie, dlaczego uważacie, że “Nikt nie przetrwałby w lesie nocy”, co? I tak jak już uprzejmie spytał kolega, w którą stronę udał się Frederic? — Mówił jakby przez zaciśnięte zęby. Naprawdę bardzo próbował nie dać się zdominować przez panującą wokół napiętą atmosferę. Przeniósł na dosłownie krótki moment swoje iskrzące spojrzenie na Amviel, która oczywiście odparła słusznie. Te słowa przyniosły mu odrobinę ulgi i być może nieco ostudziły jego nagłe zirytowanie.
Nie zaakceptował, ani jednego przybysza! Słowa, które przez Blair zostały wypowiedziane w obronie osób pracujących na roli, musiały się szefowi bardzo nie spodobać… a może nie? Może powodem rozwiązania umowy było podjęcie się gry w pokera albo groźby, że kobieta sprzeda ludzi do niewoli? Podjęcie się zlecenia o niezbadanej anomalii było bezcelowe, gdyż do walki z nią, Blair w oczach zleceniodawcy się nie nadawała. Przehandlowała śniadaniówkę w zamian za krótką grę w karty, w której wylosowała te najlepsze. Gra wciągnęła ją ostatecznie tak bardzo, że przegrała wszystko poza bronią i ubraniami. Tego dnia pożegnała się z drewnianym łańcuszkiem i pudełeczkiem owiniętym różową chustą, w którym było dopracowane śniadanie. Nie miała innej opcji, jak wrócić do domu z pustszymi niż miała rękoma, a szkoda, bo mogła rodzinie, która ją przyjęła, przynieść trochę gotówki. Z tą myślą spostrzegła tablicę, o której wspominał jej przyszywany braciszek. Rozpoczęcie zlecenia wypadało na dzień…data była dzisiejsza! To znaczyło, że miała jeszcze szansę dostać się gdzieś i zarobić pieniądze! Pośpiesznie pognała na miejsce wskazane w ogłoszeniu, nie zastanawiając się dwa razy, a gdy już była niemal na miejscu to zobaczyła grupę osób, a w tym dwa demony, które rozmawiały na temat zaginionych osób — przede wszystkim męża Elizabeth, która z ich opowieści miała cierpieć z powodu utraty ukochanego. Bingo! Po wsłuchaniu się w rozmowę dziewczyna zrozumiała, że grupa ma problemy. Chcieli załatwić sobie przewodników w lesie, a idealnymi kandydatami dla lekko zbulwersowanej ekipy byli leśnicy. Zwierzołaczka postanowiła, jak najciszej było to możliwe, podejść do grupy od boku tak, aby słyszeć, o czym mówią i obserwować ich z w miarę niewidocznego miejsca. Zaproponowanie partyjki, aby ustalić kto komu będzie winny przysługę, było teraz nie na miejscu z racji, że nie znali jej ani bohaterowie, ani tubylcy.
Ponadto sami leśniczy nie wydawali się szczególnie zaborczy, a przynajmniej takie wrażenie na Blair robili. Według panny de Poitiers, po dłuższych namowach powinni byli się zgodzić. Chociaż im więcej czasu poświęciła na podsłuchiwanie grupy, tym więcej nadziei traciła na jakikolwiek kompromis. Obrażanie strażników lasu nie było najmądrzejszym pomysłem. Nie było o czym rozmawiać przy pozycji, jaką reprezentowała czwórka herosów, Blair włożyła więc kapelusz i postanowiła po prostu wejść do lasu inną drogą, robiąc dość słyszalny hałas wśród krzaków. Kto miałby ją w końcu zatrzymać? Leśnicy? Rozmawiali z herosami, musieliby przestać, wejść do lasu i tym samym pozwolić nietutejszym rozpocząć pracę? Herosi? Musieliby dostać na to pozwolenie!
Mężczyźni cóż, każdy z nich różnił się podejściem, jakie początkowo zaprezentowali herosom. Podczas gdy pierwszy przywitał się w miarę przyjaźnie, ten drugi niestety, ale pomimo dobrych intencji w kierunku wdowy, rozwścieczył tłum. Kiedy tylko jego towarzysz został dość agresywnie potraktowany, nawet jeżeli słownie, wyższy leśniczy natychmiast stanął w jego obronie.
~ Hola hola, spokojnie. Nie chcemy żadnej bójki, nie ma co rzucać groźbami, oskarżeniami... ~ spojrzał kolejno na Orfunda i Dalię, by ostatnie spojrzenie rzucić na Natash'a ~ Ani wulgaryzmami. Też chcemy dobrze, Frederic to nasz kumpel.
Odetchnął, po czym podrapał się po głowie.
~ Prawda jest taka, że niekoniecznie chcieliśmy zaglądać do tamtego lasu. Owszem, wiemy, gdzie zwykle się podziewa podczas swoich przechadzek, ale jeśli cokolwiek zabiło akurat jego, my z pewnością nie uszlibyśmy cało ze spotkania z tym. ~ spróbował wytłumaczyć kolegę oraz siebie, by następnie wytłumaczyć niebezpieczeństwo lasu ~ A dlaczego mówimy, że nikt nie zdoła przetrwać tam chociaż nocy? Nie słyszeliście jeszcze plotek o Zakazanym Lesie, co? Krótko mówiąc, podczas gdy dla takich jak wy spotkanie z mieszkańcami tej dziczy nie musi skończyć się źle, dla zwykłych śmiertelników jak my, jest to raczej koniec przygody. Wtedy też wtrącił się ten mniejszy, który wcześniej zwrócił na siebie całe negatywne wibracje.
~ Innymi słowy nawet ktoś taki jak Frederic nie ma szans z chociaż jednym potworem, dlatego zwykle chodzimy w trójkę. Nie wiem, co tego debila poniosło, by iść tam bez naszej wiedzy. Dlatego...
Jegomość kontynuowałby swoją wypowiedź, jednak jego uwagę zwróciła niska istota przekradająca się przez bramę, prosto w głąb tejże przeklętej puszczy.
~ Hej, mała, czekaj! To nie jest miejsce do zabawy, dzieciom wstęp wzbroniony!
Wykrzyczał za przekradającą się Blair i zaciągnął kumpla, by za nią podążyć, niejako zwalniając przejście reszcie herosów. W końcu dumni leśniczy nie mogli pozwolić, by biedaczyna zgubiła się w lesie i została zjedzona.
Herosi przechodzą do Zakazanego Lasu.